czwartek, 17 maja 2018
Kilka słów o kościach
Jak już wspominałam, od jakiegoś czasu gram i prowadzę sesje RPG. Siedząc po obu stronach stołu zauważyłam, bardzo różnorodne kości. Jednocześnie mam do wielu rzeczy w życiu bardzo proste podejście: przede wszystkim mają być funkcjonalne. Dlatego postanowiłam tutaj podzielić się swoimi przemyśleniami na temat tego, jakich kości nie chciałabym używać.
Po pierwsze: Kości bogato zdobione.
Czasem producent chce zrobić bardzo ładną kostkę. i dlatego bardzo bogato i intensywnie ją zdobi. Tych kości ani nie chciałabym używać sama, ani nie lubię kiedy korzystają z nich moi gracze, ponieważ taka kostka rzeczywiście bardzo ładnie wygląda, do momentu, kiedy człowiek chciałby zobaczyć co właściwie wyrzucił.
Po drugie: Kości duże.
Kostki pojawiają się w bardzo wielu kształtach i rozmiarach. Czasem bardzo bezsensownych, jak na przykład k20 wielkości piłeczki pingpongowej.
Po trzecie: Kości miniaturowe.
O ile jeszcze duże kości można bronić tym, że lepiej na nich widać cyferki, tak nie potrafię znaleź zastosowania dla kostek mniejszych od jednogroszówki. Może poza tym, że ładnie wygląda.
Po czwarte: Kości metalowe.
Rzeczywiście ładnie prezentują się na zdjęciach. Ale w ręku są wyjątkowo ciężkie i osobiście prędzej zastosowałabym je jako pociski do procy niż kości.
Oczywiście to w dużej części moje osobiste preferencje i jeśli ktoś uwielbia takie kości to niech ich śmiało używa. Chociaż osobiście zawsze proszę graczy, żeby używali kości, na których można łatwo odczytać wynik.
poniedziałek, 14 maja 2018
Harry Potter i sprawa tolerancji
Dzisiaj chciałam porozmawiać o książkach, na których się wychowałam. Kiedy byłam w szkole podstawowej zaczytywałam się w kolejnych tomach Harry'ego Pottera całkowicie bezkrytycznie. Kiedy zrobiłam się trochę starsza, przestałam być w stanie podchodzić do czegokolwiek w ten sposób. Przy powrocie do serii, po czytaniu niezliczonych dyskusji fanowskich na jej temat, a także uwrażliwiona na problem rasizmu w społeczeństwie, nagle zauważyłam, że świat czarodziejów w Harry'm Potterze wcale nie jest tak przyjazny jak mógłby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Oczywiście, wszyscy wiemy, że Voldemort jest zły i że dobrzy czarodzieje nie będą go popierać. Tylko że, sprawa jest tu znacznie bardziej skomplikowana.
Przede wszystkim, jedynymi mugolami jakich mamy okazję poznać są Dursleyowie, których książki portretują jako głupich, naiwnych i przede wszystkim znęcających się nad Harrym bo nie znoszą magii. Jednocześnie, kiedy spojrzymy na książki z innej perspektywy, to możemy zauważyć, że oni nie mają powodów, żeby tę magię lubić.
Przede wszystkim, strach przed nieznanym, leży bardzo głęboko w ludzkiej naturze, a magia jest właśnie taką dziwną siłą której nie mogą kontrolować, ani przed którą nie mogą się bronić. Dodatkowo w ciągu wszystkich siedmiu tomów z powodu magii spotkały ich same nieszczęścia i upokorzenia. Najpierw Dumbledore podrzuca im dziecko, którego nie chcą i którego nie będą w stanie wychować i wcale nie wiemy czy Harry, nie kontrolując swoich mocy nie sprawiał problemów, których mugole nie byli w stanie rozwiązać. Jednocześnie już w Kamieniu filozoficznym, możemy zobaczyć jak dom Dursleyów zostaje oblężony i zaśmiecony przez sowy. Dursleyowie czują się tak zastraszeni, że usiłują uciekać z własnego domu, gdzie znajduje ich Hagrid. Hagrid, wyważa drzwi do ich kryjówki, transformuje Dudley'a w świnkę i porywa Harry'ego. Pod koniec tomu nawet radzi mu, wykorzystywać niewiedzę swoich opiekunów i grozić im, ponownym transformowaniem ich w coś nieprzyjemnego.
W Komnacie Tajemnic do domu Dursleyów przybywa cudzy, nieproszony skrzat domowy, który psuje spotkanie służbowe mogące zaważyć o przyszłości kariery Vernona. A później Wesley'owie porywają Harry'ego.
We Więźniu Azkabanu, Harry zamienia ciotkę w balona i ucieka z domu, zostawiając ją fruwającą bezwolnie nad miastem.
W Czarze Ognia, Harry szantażuje Dursleyów, że powie Syriuszowi Blackowi - w dalszym ciągu przez większość świata uważanego za mordercę - że go źle traktują, jeśli nie pozwolą mu wybrać się na mecz Quiddicha. W listach do przyjaciół, Harry nie używa sformułowania "moi krewni" "mój wuj i ciotka" cz "wujostwo" tylko "moi mugole", a Weasley'owie przybywając do domu Dursleyów, wysadzają im w powietrze kominek.
W Zakonie Feniksa, Dudley zostaje zaatakowany przez Dementora.
W Księciu Półkrwi, Dumbledore wchodzi do domu. Może jest to ich najmniej nieprzyjemne spotkanie z czarodziejami, jednak w dalszym ciągu wchodzi nieproszony i rozgaszcza się jakby był u siebie, w dodatku, używając magii, czego Dursleowie sobie nigdy nie życzyli.
Podsumowując te sześć tomów, nikt z bohaterów - podkreślmy tu jeszcze raz pozytywnych bohaterów - nie okazywał im żadnego szacunku. Co więcej spotykali się z ciągłymi groźbami i przemocą ze strony czarodziejów (bo trudno mi inaczej nazwać transmutowanie dziecka w świnkę).
I takie działania, nie są jednostkowe. Ministerstwo magii czyści mugolom pamięć, jeśli natkną się na jakiś przejaw magii. I tak, robią to dla własnej ochrony. Ale czy możecie sobie wyobrazić bardziej intymne ingerowanie w czyjeś życie niż manipulowanie jego wspomnieniami? I jak dowiadujemy się z Księcia Półkrwi to działało nie tylko w Wielkiej Brytanii. Czarodzieje najwyraźniej nie mają żadnych moralnych oporów przed mieszaniem w głowach przywódcom obcych państw, tylko dlatego, że minister magii musi porozmawiać z brytyjskim premierem.
Nawet Hogwart - instytucja podobno postępowa i promugolska - uczy swoich uczniów jak przetrwać w świecie czarodziejów. Nikt nawet nie zakłada, że magiczne dzieci mogą chcieć żyć wśród mugoli. Robić karierę jako prawnicy, fizycy, chemicy, astronauci, Nie. Dzieci w Hogwarcie uczą się wróżenia, wróżenia z gwiad, rzucania zaklęć, warzenia eliksirów... I zapewne są to bardzo istotne umiejętności dla czarodziejów, tylko nie uczy ich to o różnorodności świata. O tym, że mugole też mają cywilizację (owszem, są lekcje mugoloznawstwa, ale po pierwsze są nieobowiązkowe, po drugie, prowadzone z perspektywy czarodziejów). I po zapwenieniu takiej edukacji, uczniowie zostają już w świecie magii, który wydaje im się znacznie bardziej interesujący. Nawet jeśli ma to oznaczać dla nich zerwanie kontaktu z rodzicami. Pewnym ekstremalnym przykładem może być tu Hermiona, która w tomie siódmym wymazała swoim rodzicom pamięć o sobie. Tak, może zależało jej na tym, żeby ich chronić. Ale czy na pewno to było wszystko co ją motywowało?
Jednocześnie nie tylko mugole byli traktowani jak gorszy gatunek człowieka. W końcu mamy skrzaty domowe, które pracują dla czarodziejów bez żadnego wynagrodzenia. Mamy centaury, które chociaż są równie inteligentne co ludzie muszą ukrywać się w lesie. Mamy olbrzymi i pół-olbrzymy, które również nie mogą integrować się z czarodziejską społecznością. Jak wielkim szokiem było przyjęcie Hagrida do Hogwartu? Z jakim obrzydzeniem Madame Maxime zareagowała na informację, że Hagrid jest półolbrzymem?
Czy na prawdę tak wygląda przyjazne otwarte i tolerancyjne społeczeństwo? I czy naprawdę przy takim sposobie myślenia o innych rasach wspieranym przez instytucje trudno jest przejść do podejścia Voldemorta? Przecież on wierzył dokładnie w to samo, co każdy inny czarodziej "czarodzieje są lepsi". Lepsi niż skrzaty domowe, olbrzymy, centaury i mugole. Całkiem naturalnym jest pytanie siebie dlaczego w takim razie czarodzieje muszą się ukrywać? I dlaczego lepsza grupa nie miałaby rządzić całą resztą?
I nie twierdzę tutaj, że Voldemort miał rację, tylko że był produktem sposobu myślenia czarodziejów, głęboko zakorzenionego w ich kulturze i sposobie myślenia.
niedziela, 13 maja 2018
Jak zostałam Mistrzem - czyli o graniu w RPG
Dzisiaj chciałam opowiedzieć o swoim (dość niewielkim doświadczeniu) w graniu w RPGi.
Moja przygoda zaczęła się kilka lat temu, kiedy koleżanka pierwszy raz powiedziała mi, że jest coś takiego jak gra, gdzie się wymyśla postać i ją odgywa i rzuca kostkami. Przez następne kilka lat bez skutku usiłowałam znaleźć drużynę i mistrza gry (z kilkoma dość krótkimi przygodami podczas konwentów, gdzie udało mi się zagrać). Ale los się do mnie uśmiechnął, kiedy zapisałam się do Śląskiego klubu fantastyki (wtedy jeszcze, będąc zainteresowana głównie sekcją literacką). Zapisanie się do klubu ułatwiło mi życie na kilka sposobów. Po pierwsze, okazało się, że tam są ludzie którzy wiedzą jak prowadzić grę i też chcą zagrać. Po drugie, tam są podręczniki. Pierwszy raz zagrałam dłuższą kampanię na systemie Gry o tron. Wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałam jak właściwie sesja RPG działa (okazuje się, że bardzo istotnym jej elementem są ciasteczka) i jak właściwie tworzy się postać i że NPCom nie należy ufać. I czasem NPCów trzeba zabijać. W efekcie grałam dość snobistyczną arystokratką, nieoficjalnie dziedziczką dwóch fortun, nie mającą bladego pojęcia jak trzymać miecz w ręce (to nie była mądra decyzja). Drużyna też nie należała do specjalnie zgranych, w efekcie czego 90% sesji stanowiło kłócenie się naszych postaci o najgłupsze rzeczy (np. ile powinniśmy zapłacić wieśniakowi za informacje) w efekcie czego 2/3 drużyny zginęły marnie.
Następną sesją w jaką miałam okazję grać były Gwiezde wojny. Wtedy graliśmy jako agenci imperialnych służb bezpieczeństwa. Bardzo niekompetentni i bardzo niezgrani, przez co wysadziliśmy się w powietrze usiłująć zmienić karierę i ukraść statek kosmiczny. Ale świetnie się przy tym bawiliśmy (jeszcze jakby ktokolwiek wiedział jak się statkiem kosmicznym lata...)
Potem bardzo chciałam zagrać w coś w klimatach fantasy. Np. D&D. Całkiem sporo osób też chciało zagrać. Ale nikt nie chciał prowadzić. Ostatecznie podjęłam decyzję. "Nie mam bladego pojęcia co robię, ale może nikt nie zauważy" pomyślałam, wypożyczyłam podręcznik, zebrałam graczy i poprowadziłam sesję. Gracze przeżyli. Potwory nie bardzo. Przy następnej sesji już wiedziałam co robię. Gracze znowu przeżyli, a potwory nie bardzo. Po kilku miesiącach uznałam, że chyba wiem co robię. W końcu gracze uparcie pokonywali wszystko co im rzuciłam.
Przepełniona pewnością siebie, zebrałam drugą drużynę. Tym razem akcję umieściłam w waterdeep. Zachwycona byłam już przy tworzeniu postaci, kiedy przyszedł pomysł hobbita zaklinacza z wielkim kotem jako chowańcem. Kot dostał swoją własną kartę postaci. Oraz kapłankę nowopowstającego kościoła, latającego potwora spagetti. Wyjątkowo zdziwiłam się kiedy nagle okazało się, że mając innych graczy sesja też wygląda zupełnie inaczej. Nagle ubijanie potworów przestało być tak istotne (częściowo dlatego, ze odkryłam, że szczur potrafi być bardzo groźny dla pierwszopoziomowego gracza) i byłam autentycznie zachwycona obserwując, jak bohaterowie rozmawiają między sobą, planują, dyskutują i odgrywają swoje postaci. Nagle okazało się że kostki to tylko dodatek i że właściwie to potworów też nie bardzo muszę rzucać (przyznam, że nawet obiecałam graczom, że walk nie będzie dużo bo prowadząc zdecydowanie wolę myśleć o fabule niż o walce).
Jednocześnie widzę, jak dużo jeszcze muszę się nauczyć: na przykład lepszego rozplanowania misji, lepszego tworzenia enpeców. Cennika (okazuje się, że jeśli gracze prowadzą karczmę to mają wydatki), integrowania drużyny (większość moich graczy ma równie małe doświaczenie jak ja, więc wydaje mi się, że to jakie relacje panują w durużynie i między graczami jest też efektem działań mistrza gry).
Osobiście zachęcam każdego do szukania właściwych drużyn i może samemu poprowadzenia.
Ps.
Macie może jakieś doświadczenia w graniu albo prowadzeniu sesji RPG?
sobota, 12 maja 2018
Pięć rzeczy obecne w każdej teen dramie
Przyznam, że czasem całkiem lubię obejrzeć teen-dramę. Nawet trwam uparcie przy drugim sezonie Riverdale. Jednak trudno nie dostrzec, pewnych powtarzających się motywów, wspólnych dla większości produkcji młodzieżowych. I tak zastanawiając się nad tym postanowiłam ułożyć listę pięciu, powtarzających się motywów, które mnie irytują.
Po pierwsze: wiek aktorów.
Wiem, że zatrudnianie dorosłych aktorów do roli nastolatków jest bardzo popularne i czasem niezbędne do nakręcenia pewnych scen. Jednak często sprawia to dla mnie problem, bo aktorzy... nie wyglądają na nastolatków i trudno jest zrozumieć rodzica, który bohatera jak dziecko, którym bohater jest, kiedy bohater na dziecko ni jak nie wygląda.
Po drugie: Gdzie są dorośli?
Teen-dramy uwielbiają zapominać o istnieniu rodziców. A jeśli dorośli już w serialach się pojawiają, to najczęściej są bezradni, niekompetentni i zajmują się głównie utrudnianiem bohaterom życia.
Po trzecie: cheerleaderki.
Z jakiegoś powodu, żadne amerykańskie liceum nie może się obejść bez wrednych cheerleaderek i głupich (często równie wrednych) sportowców, którzy są szczytem szkolnej drabiny społecznej. W sumie to chciałabym zobaczyć serial w którym będzie wredne i snobistyczne kółko literackie, a chearliderki będą w gruncie rzeczy miłymi dziewczynami, które lubią tańczyć.
Po czwarte:
Wielkie romanse. Seriale młodzieżowe dużą część swojej uwagi skupiają na romansach, najczęściej wielkich, czasem zakazanych, a już na pewno bardzo skomplikowanych, bo serial nie działałby gdyby bohaterowie się poznali i zaczęli się umawiać. W serialu bohaterowie muszą być zakochani, czasem z wzajemnością, czasem cierpieć z powodu miłości nieodwzajemnionej, ale jeśli bohater nie jest w kimś zakochany, to najprawdopodobniej jest bohaterem dziesiątoplanowym
Po piąte: pieniądze
Bohaterowie teen dram nie są biedni. Nawet jeśli utrzymują, że są bo mają tylko trzypokojowe mieszkanie a nie willę z prywatnym basenem i armią służących, to na ogół nie mają problemu z brakiem pieniędzy na codzienne wydatki. Chociaż tu specjalne zdziwienie budzą te popularne dzieciaki, których stać na zorganizowanie imprezy, na którą zaproszą całą szkołę (poza głównym bohaterem/bohaterką, bo przecież popularne dzieciaki w produkcjach młodzierzowych są ZŁE)
To byłyby wszystkie moje przykłady. A może Wy macie jakieś wątki które was irytują albo nudzą?
czwartek, 10 maja 2018
Stałość w kosmosie, czyli kto może nie wrócić w Avengers 4?
Ostatnio wszyscy przeżywamy Infinity war. Nikt, kto oglądał trailery nie spodziewał się przecież, że Thanos w tym filmie osiągnie swój cel. A nawet jeśli, to nikt nie pomyślałby, że razem z połową wszechświata zdezintegruje się połowa superbohaterów. W końcu bohaterowie nie giną prawda? Przynajmniej nie na długo.
Jednocześnie ja pamiętam, że Infinity war miało mieć pierwotnie dwie części, i podejrzewam, że nawet jeśli następni Avengersi będą mieć inny tytuł, to bohaterowie będą starać się odkręcić to co zrobił Thanos w tej części.
Dlatego dla mnie o wiele ciekawszym pytaniem jest to, kto pozostanie martwy. Sama żywię silne przekonanie, że wszyscy bohaterowie którzy rozpadli się przez użycie rękawicy wrócą. W końcu MCU nie pozbyłoby się Spider-mana, którego dopiero co wprowadziło. Tak naprawdę poważne wątpliwości mam co do postaci, które zginęły w procesie zdobywania kamieni.
Jako pierwszy, zginął Loki zabity przez Thanosa. Wielu ludzi podejrzewało że on zginie w tym filmie, bo MCU nie ma na niego pomysłu. Osobiście mam z tym problem. Przede wszystkim Loki znany jest z tego że już mu się zdarzyło umrzeć i stan ten nie trzymał mu się zbyt długo. Poza tym jego śmierć w filmie była taka prosta i nieco bez sensowna. Dlatego podejrzewam, że może się okazać, że znowu nie jest tak martwy jak widzom początkowo się wydawało i wróci z jakimś nowym asem w rękawie.
Drugim kandydatem, a raczej kandydatką do zostania martwą jest Gammora, która została przez Thanosa poświęcona w celu zdobycia kamienia duszy. Mam wrażenie, że ona ma największe szanse nie być wskrzeszoną w żaden sposób. Po pierwsze dlatego, że większość jej wątku w Strażnikach Galaktyki sprowadzała się do jej związku z Thanosem - który zostanie pokonany w następnych Avengersach - albo związku ze strażnikami galaktyki i tak zwanym Star Lordem, gdzie można ją zastąpić na przykład Nebulą. Po drugie wydaje mi się, że jednak złożenie kogoś w ofierze nie powinno być czymś prostym do odkręcenia.
Ostatni na mojej liście jest Vision. Z nim mam pewien problem: z jednej strony, tak naprawdę zginął zabity przez Scarlet Witch, a nie Thanosa (a nawet jeśli, to poprzez odebranie mu kamienia), ale z drugiej Vision był robotem i większość jego tożsamości została skopiowana przez Shuri, zanim zginął. Dlatego można podejrzewać, że bohaterowie spróbują go odbudować, możliwe że bez kamienia nieskończoności w głowie, co usunęło by problem scenarzystom, którzy musieliby się mierzyć z tym, jak wykorzystać niemal wszechpotężnego robota, nie odbierając przy tym pracy innym bohaterom.
To byłoby na tyle moich przemyśleń na temat tego kogo nie wskrzeszą w Avengers 4. Ale może wy macie jakichś bohaterów których bardzo chcielibyście, żeby zostali przywróceni? Albo bohaterów którzy powinni zostać martwi bo światu superbohaterskiemu byłoby bez nich lepiej?
wtorek, 8 maja 2018
Nie tak dawno skończyłam pożerać cały sezon serialu Good Wife. Wydawałoby się, że to serial idealny dla mnie: mamy wątki polityczne, cotygodniowe rozprawy na sali sądowej i do tego trochę wątków obyczajowych. I chyba serial był jednak dobry skoro obejrzałam wszystkie siedem sezonów. A jednak chciałabym ponarzekać na kilka rzeczy, które jednak mnie w nim irytowały.
1. Cary Agos.
Wydawałoby się, że jako widz powinnam go lubić. Przystojny, pewny siebie, w sumie jednak sprytny... A jednak ten bohater irytował mnie od pierwszego sezonu. Najpierw uparcie usiłując umówić się z Khalindą - śledczym firmy - która za każdym razem wyrażała jasno swoje niezainteresowanie. Ten wątek powinien się skończyć pozwem o molestowanie, a nie jako początek wątku romantycznego.
2. Khalinda i jej mąż.Otóż w którymś momencie scenarzystom skończyły się pomysły na wątki prawnicze i śledcze, więc uznali, że serial potrzebuje Khalindy Ninja i męża psychopaty. Poświęcając cały sezon na na zmianę, walkę Khalindy z mężem od którego uciekła, a który teraz ją znalazł, albo w łóżku z rzekomym mężem, albo w łóżku z jakąś kobietą. Co prowadzi do punktu trzeciego:
3. Khalinda i seks.
Od pierwszego sezonu widać, że Khalinda flirtuje z ludźmi od których usiłuje wydobyć informacje. Ale z czasem problem narasta. Okazuje się bowiem, że bohaterka sypia zarówno z mężczyznami jak i kobietami. I wątek ten został potraktowany okropnie. Z męskich partnerów dano jej męża - psychopatę, oraz Cary'ego, z żeńskich - agentkę Delaney, z którą nie rzadko sypiała, żeby wyciągnąć od niej jakieś informacje.
4. Dobrzy bohaterowie robiący złe rzeczy
Teoretycznie pracowników firmy Lockhart Gardner widz powinien lubić. Problem polega na tym, że trudno jest bohaterów, którzy sypiają ze swoimi podwładnymi, łamią prawo, albo łamią prawo, żeby się wykręcić od oskarżeń o złamanie innego prawa. Albo odchodzący z firmy żeby założyć własną i podkradającymi klientów firmie dla której wcześniej pracowali. To jest co najmniej nieetyczne.
5. Zmiany nigdy nie trwają długo
Czasem wydaje się że bohaterowie serialu podejmują jakieś życiowe decyzje: na przykład podjęcie pracy w prokuraturze, albo odejście z Lockhart Gardner, żeby założyć własną firmę. Tylko że ostateczne te decyzje nie mają większego znaczenia, bo bohaterowie i tak wracają do tego samego budynku i pracują w niemal niezmienionym składzie osobowym. I tak, aż do ostatniego sezonu.
6. Alicia Florrick
Główna Bohaterka serialu. Zaczyna jako trochę nijaka bohaterka, która pracę dostała dzięki znajomości. Owszem zdolna prawniczka, która potrzebowała kogoś żeby dał jej szansę rozwinąć skrzydła po trzynastoletnim urlopie macierzyńskim, jest trochę żoną cierpiącą przez zdradę męża i to, że stała się ulubionym tematem do rozmów, trochę żoną robiącą dobrą minę do złej gry, udając, że w dalszym ciągu go wspiera. Później jej relacje robią się bardziej skomplikowane. Raz znajduje sobie inny obiekt zakochania, raz wraca do męża usiłując odbudować małżeństwo, potem decyduje się utrzymywać tylko pozory małżeństwa. A do tego pije. Z każdym sezonem coraz więcej. Niestety nie doczekałam się momentu, w którym zdecydowałaby się wybrać na spotkanie grupy anonimowych alkoholików.
Jednocześnie serial miał swoje lepsze strony. Do nich zaliczyłabym postać Diane Lockhart, która od pierwszego odcinka jest zdecydowaną, dobrą, prawniczką. I chociaż ma bardzo silne poglądy polityczne, nie przeszkadza jej to zaciekle bronić ludzi z którymi się nie zgadza.
Dodatkowo trudno jest nie polubić Eli'a Golda i jego córki Marissy, którzy może wprowadzają nieco komizmu do serialu, ale jednocześnie Eli jest kompetentnym szefem kampanii, zawsze potrafiącym opanować sytuację. Dodatkowo chociaż jego praca polega na manipulowaniu opinią publiczną, i właściwie zdarza mu się wykraczać poza granice prawa, to ten typ zachowania przynajmniej do niego psauje.
Po trzecie NSA. W momencie kiedy pojawiają się w serialu jakoś robi się on bardziej pogodny. Przeuroczy ludzie słuchają może i wszystkich rozmów bohaterów zarówno służbowych jak i intymnych, a przy tym żartują sobie i przesyłają filmiki z kozami.
I to byłoby na tyle moich przemyśleń na temat serialu. Jeśli macie jakieś jeszcze przemyślenia na ten temat (coś innego wam się nie spodobało, albo nie zgadzacie się z moim narzekaniem na niektóre wątki) zapraszam do podzielenia się tym w komentarzach.
poniedziałek, 7 maja 2018
Pięć klasycznych seriali o nadprzyrodzonych śledztwach
Dzisiaj naszła mnie ochota na obejrzenie jakiegoś serialu. A potem zaczęłam sobie przypominać tytuły seriali które już oglądałam i postanowiłam zrobić listę: seriali które widziałam i są poświęcone cotygodniowemu zabijaniu demona.
Wszystkie te seriale są bardzo popularne i możliwe, że już je widzieliście, ale jeśli nie, to polecam spróbować.
1. Supernatural
Serial, który stawiłam jako wzór dla moich poszukiwań. W każdym odcinku jest śmierć spowodowana przez istotę nadprzyrodzoną, a bohaterowie muszą odkryć co to za istota i jak się jej pozbyć. Jednocześnie punktem wyjścia dla serialu jest ponowne spotkanie braci Winchesterów - Sama i Deana - którzy chcą odnaleźć swojego ojca i przy okazji utłuc demona który zabił ich matkę.
Serial niesamowicie popularny i ma już trzynaście sezonów, z których ja oglądałam cztery. Może pięć. I wyrywkowe odcinki z późniejszych sezonów.
2. Buffy - Pogromca Wampirów
Na tym serialu praktycznie się wychowałam. Główna bohaterka, Buffy, jest sobie nastolatką, chodzi do liceum, a wieczorami zabija wampiry i inne nadprzyrodzone stwory które wejdą jej w drogę. A dodatkowo miasteczko w którym mieszka znajduje się na bramie do piekieł.
Serial może ma już swoje lata i część efektów specjalnych może się wydawać komiczna, ale jest też dość ciekawą opowieścią o dorastaniu w nietypowych warunkach. Dodatkowo Buffy poznajemy już kiedy jest wytrenowanym zabójcą wampirów co pozwala pozbyć się często obecnego w opowieściach o "wybrańcach" wątku uczenia się rzeczy szybciej niż normalny człowiek.
3. Charmed ("Czarodziejki")
Kolejny dość stary serial na liście, tym razem sięgający po wiccańskie tradycje. Trzy siostry wracają do rodzinnego domu po śmierci swojej babci. Na strychu znajdują magiczną księgę, a następnego dnia odkrywają, że mają magiczne zdolności, i na świecie są demony, które bardzo chcą się ich pozbyć. I tak po raz kolejny co tydzień dostajemy jednego demona nasłanego na bohaterki, które usiłują sobie poukładać życie (albo przynajmniej mieć źródło dochodów. Okazuje się że regularne ataki demonów nie sprzyjają utrzymaniu stałego źródła zatrudnienia) i znaleźć się w roli czarownic.
4. Grimm
Ten serial jest relatywnie nowy, nie dawno zakończył się po sześciu sezonach. Tu punktem wyjścia jest Nick Burkhart, policjant, który widzi Wesseny - pół-ludzi pół-zwierzęta (albo różne mityczne stwory). Jak to w serialach bywa, każde morderstwo, które bada Nick, okazuje się być popełnione przez jakiegoś wessena. Dodatkowo bohater usiłuje się odnaleźć w świecie wessenów (który jest dla niego nowością) i ogarnąć o co chodzi z dziwnym kluczem, który zostawiła mu ciotka.
5. X-Files ("Z archiwum X)
Chyba najbardziej klasyczny a jednocześnie najbardziej różnorodny serial na tej liście. Bohaterowie - agenci Moulder i Scully z FBI - pracują w tytułowym Archiwum X, gdzie zajmują się tropieniem dziwnych i niewyjaśnionych spraw. Czasem związanych z duchami, czasem z kosmitami, ale każdy odcinek zawiera śledztwo, próbę zidentyfikowania i eliminacji problemu oraz wniosek, najczęściej "wcale nie jesteśmy pewni czy to co widzieliśmy rzeczywiście było czymś nadprzyrodzonym".
To by było na tyle z mojej listy. Jeśli ktoś widział podobne seriale (szczególnie fantasy, szukamy demona na odcinek) to dajcie znać w komentarzach.
niedziela, 6 maja 2018
Zabili go i uciekł, czyli o śmierci bohaterów
![]() |
| Barry: "Masz może jeszcze tej wskrzeszającej wody?" Olivier: "Nie możesz zwyczajnie cofnąć się w czasie?" |
Przyznaję że jestem wielką fanką seriali DC. Oglądam Flasha, oglądam Arrowa, oglądam właściwie każdy z ich seriali. Regularnie zadając samej sobie pytanie "dlaczego?". Jednocześnie nie mogę zaprzeczyć, że lubię te seriale i oglądam z większym bądź mniejszym opóźnieniem każdy sezon jak zły by nie był. Dzisiaj chciałam poruszyć temat, który mnie irytuje nie tylko w serialach superbohaterskich - zabijanie bohaterów.
Zagrożenie dla życia któregoś z bohaterów, na ogół angażuje widza, który zdążył się przywiązać do postaci i najczęściej nie chce aby zginęła. Albo wręcz odwrotnie: głęboko nienawidzi bohatera i nic go bardziej nie ucieszy jak jego widowiskowy zgon (np. śmierć Joffereya w Grze o tron). Jednak wydawałoby się, że i ten zabieg można zastosować ograniczoną ilość razy. Mniej więcej raz na bohatera. Tylko że nikt tego nie powiedział scenarzystom.
W serialowym uniwersum DC śmierć bohaterów jest często wykorzystywana jako sposób szokowania widza. I przyznam, że mam z tym poważny problem: bo jak mam się przejąć zgonem bohatera, kiedy jest to rzecz regularna? I to nie dla uniwersum, ale dla tego konkretnego bohatera. Śmierć robi wrażenie za pierwszym razem, jest przykra za drugim, ale za trzecim wywołuje u mnie pytanie "znowu?".
Taką sytuację miałam w wypadku wątków Sary Lance. Bohaterki, która najpierw rzekomo utonęła na Gambicie, jednak wróciła. Potem mi było przykro ze względu na jej ojca, który musiał drugi raz wyprawiać pogrzeb tej samej córce (no ale, przynajmniej miejsce na grób miał już opłacone). A potem ona znowu została wskrzeszona za pomocą wody z magicznego źródełka ligi zabójców, żeby zostać Białym Kanarkiem i podróżować w czasie. Gdzie podczas serialu też jej się zmarło raz. Ale tu zmartwychwstała jeszcze przed końcem odcinka.
Z jednej strony muszę przyznać, że miło jest oglądać serial wiedząc, że nikomu nic złego się nie stanie. Z drugiej nudno jest oglądać serial gdzie wszyscy są ponurzy i przejęci śmiercią bohaterki, która wcześniej wskrzeszona była już dwa razy. Mając jakieś trzy różne metody wskrzeszania ludzi albo niedopuszczania do ich śmierci. Ta obojętność wobec stanu żywotności bohaterów zaczyna się u mnie przejawiać też obojętnością wobec wybijania całej drużyny, szczególnie głównych bohaterów. Przyznam że w tym wypadku nawet bardziej, bo jak mam się przejmować wybiciem połowy głównej obsady, skoro wiem, że będzie następny sezon?
Poza tym, człowiek może się zastanawiać: skoro dwójka bohaterów została wskrzeszona magicznym źródełkiem, inni zginęli ale w alternatywnej linii czasowej, to dlaczego tak właściwie tamtej reszty bohaterów też jakoś nie wskrzeszą?
A jeśli jestem tak przyzwyczajona do zmartwychwstawania bohaterów, to w jaki inny sposób można zaangażować mnie - widza emocjonalnie w serial?
I jak mam się przejmować tym, że główny zły grozi życiu ukochanej superbohatera i istnieje wizja przyszłości w której ona umiera, kiedy zdaję sobie sprawę z tego, że istnieje cała masa sposobów, sprawienia że ta wizja jest prawdziwa i fałszywa jednocześnie?
Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że taka jest konwencja tworów superbohaterskich i ona dotyczy nie tylko DC, ale też Marvela. I że sami bohaterowie zdają sobie sprawę z jej istnienia (jakoś bardzo spodobała mi się scena, kiedy Quentin po śmierci Laurel zaproponował zawiezienie ciała do magicznego źródełka które już jedną córkę mu wskrzesiło. Źródełko akurat zepsute zostało, ale miło że ktoś o tym pamiętał). Tylko wcale nie jestem pewna czy ta konwencja nie zaczyna mnie nudzić.
sobota, 5 maja 2018
Dzisiaj chciałam porozmawiać o książkach. Często zdarza mi się rozmawiać z ludźmi, którzy szczycą się tym ile posiadają książek. Może to moja prywatna paranoja jest, ale mam wrażenie, że w tych zachwytach nad rozmiarem biblioteki może być taka ukryta pogarda wobec ludzi których biblioteczki nie są tak pokaźne.
Chciałam zacząć od tego, że w moim domu rodzinnym zawsze panowała dość dziwna sytuacja: niemal każdy w rodzinie coś czytał, ale książek w domu nie było. To znaczy były, ale nigdy nie mieliśmy w domu wielkiego regału poświęconego książką. Za to do dzisiaj jest cała masa regałów z filiżankami, imbrykami i generalnie porcelaną, której nikt nie używa bo jest za ładna. A największą biblioteczkę mam ja, bo liczy całe 20 pozycji. W tym 4 tomy Harry'ego Pottera.
Ale to, że nie posiadam książek, nie oznacza że ich nie czytam (chociaż ostatnio rzeczywiście czytam znacznie mniej niż w czasach szkolnych). Po prostu dla mnie źródłem literatury zawsze była biblioteka miejska, a nie księgarnia. Nigdy nie zależało mi z resztą na posiadaniu książek na własność. I nawet dzisiaj, kiedy kupię książkę często ją komuś pożyczam, albo po przeczytaniu oddaję do biblioteki. Często z myślą o tym, że książki jednak nie są tanie i dlaczego mój tomik One piece'a albo mój egzemplarz Władcy Pierścieni miałby stać i się kurzyć na półce, kiedy ktoś inny może chcieć to przeczytać?
Poza tym bardzo rzadko wracam do książki, którą już raz przeczytałam. Wyjątek tu stanowią tylko opowiadania o Sherlocku Holmesie, które zdarzało mi się czytać po trzy razy. Ale to głównie dlatego, że jedno opowiadanie potrafiło mieć trzy różne tytuły i dopiero w połowie orientowałam się, że już je czytałam. To potem bardzo przykre uczucie, kiedy nie wie się, czy się domyśliło zakończenia dlatego, że wcześniej się je znało, czy dlatego, że zagadka była prosta.
I można się zastanowić czy posiadanie książki jest na pewno niezbędne?
Szczególnie współcześnie posiadanie papierowych książek na półkach przestaje być takie oczywiste, kiedy znacznie wygodniej jest trzymać wersje cyfrowe na czytniku - minusem takich wersji jest niemożność pożyczenia komuś książki.
Oczywiście posiadanie papierowych książek ma swoje plusy: na przykład można czytać w wannie nie obawiając się o to, że książka zostanie zniszczona. Można poprosić autora o autograf, można po książce pisać albo zmienić jej zastosowanie (tak, przyznaję się, że wielkie, grube tomiszcze wszystkich spraw Sherlocka Holmesa robi za stolik. Ale ta książka jest zdecydowanie zbyt wielka żeby nadawać się do czegoś innego...). I tak, kupienie książki, jest wsparciem autora, a czasem tłumacza. Tylko nie wszyscy autorzy tego wsparcia potrzebują. Taki Tolkien na przykład, zmarły już od lat. Albo nie tak dawno zmarły Pratchett. Owszem, można powiedzieć, że wtedy wspieramy ich rodzinę. I to jest bardzo miłe.
Tylko zastanawiam się czy aby na pewno możemy oceniać to jakim ktoś jest czytelnikiem, po ilości posiadanych przez niego książek?
sobota, 28 kwietnia 2018
Śmieć pająkom - czyli arachnofobia i gry rpg
Muszę przyznać, że lubię grać w gry komputerowe, szczególnie RPG w świecie fantasy. Dość często jednak mam wrażenie, że gry wcale nie lubią tego, że w nie gram. Widzicie, ja panicznie boję się pająków, a twórcy gier, uparcie uważają, że olbrzymie pająki to świetny przeciwnik do pokonania.
W starych grach, jak Baldur's Gate, jeszcze nie miałam z tym dużych problemów. Kamerę miałam bardzo oddaloną od postaci i pająki, podobnie jak bohaterowie bardziej przypominali kolorowe kropki, niż cokolwiek innego.
Jednak razem z rozwojem gier, zaczynałam mieć coraz większy problem. Najpierw Dragon Age: Origins, miało duże, wyraźne pająki, plujące na gracza jadem i skaczące z sufitu. I Morrigan zamieniającą się w pająka i przyzywanie pająka jako towarzysza przez łowcę. Było to mocno nieprzyjemne, jednak w dalszym ciągu gra pozwalała oddalić kamerę od gracza, żeby nie musiał być zbyt blisko źródła swojego strachu.
I potem przyszedł drugi Dragon Age, gdzie twórcy postanowili wstawić pająki jako niemal podstawowego wroga i usunąć kamerę izometryczną. Wiem że Dragon Age 2 ma dużo wad, ale naprawdę, pozbycie się kamery izometrycznej było najgorszą rzeczą jaką ta gra mogła mi zrobić. Pająki tam są olbrzymie, paskudne i w dodatku nie można ich od siebie odsunąć, jak w poprzedniej części. Nie. Trzeba patrzeć - może i w trzeciej osobie a i to nie zawsze - jak stada olbrzymich pająków rzuca się na ekran, rzuca się na gracza. Trzeba patrzeć jak osiem włochatych zielonych nóg rozrywa postać gracza na kawałki. Zdecydowanie mi to nie odpowiada.
Najwyraźniej nie tylko ja mam problem z pająkami przy kamerze pierwszo albo trzecio-osobowej, bo kiedy grałam w skyrim, okazało się, że ktoś stworzył mod, który zamieniał pająki w niedźwiadki. Chociaż pewnie nigdy Skyrima nie skończę, to człowieka który ten mod stworzył będę wychwalać pod niebiosa. Skończyłabym grę z resztą już przy pierwszej jaskini, gdzie wyskoczyły na mnie trzy wielkie, czarne, włochate (te w Dragon Age'u i Baldur's Gate przynajmniej były kolorowe) pająki. Ale udało mi się znaleźć mod, który sprawił że świat był jakby bardziej arachnofobo przyjazny. Podobno pozbywał się też innych robalowatych stworzeń, ale ja wyeliminowałam tylko pająki.
Jednocześnie mam problem, bo gry często nie posiadają ani kamery izometrycznej, ani możliwości pozbycia się pająków, a ja się ich autentycznie boję, a twórcy gier najwyraźniej uważają je za idealnych przeciwników w grach fantasy.
PS.
Dzisiejszy wpis ilustrowany krokodylem z wrocławskiego zoo. Krokodyle uważam za urocze, nawet kiedy patrzą na człowieka z mordem w oczach.
PS.2
Link do moda usuwającego pająki ze skyrim: tutaj. Zamiast nich wyskakują niedźwiedzie. Wolę kiedy rozszarpują moje postaci niedźwiedzie niż pająki.
czwartek, 26 kwietnia 2018
Crazy ex-Girlfriend, przemyślenia po trzecim sezonie
W ciągu ostatnich kilku lat, chyba najdziwniejszym serialem jaki miałam okazję oglądać było Crazy ex-girlfriend. Serial jest musicalem i komedią romantyczną. Główna bohaterka - Rebecca Bunch - zaczyna jako zestresowana prawniczka z Nowego Jorku, która po spotkaniu swojego byłego chłopaka postanawia się przeprowadzić do małej miejscowości w Kalifornii i przy okazji chłopaka odzyskać.
Od tego momentu czekają widza trzy (z czwartym w drodze) sezony absurdalnych piosenek i wstydzenia się za bohaterkę, która stalkuje swojego byłego chłopaka i robi wszystko, żeby robić jego aktualny związek.
Jednocześnie serial z każdym sezonem zaczyna mieć coraz poważniejszy ton. Pod płaszczem lekkiej i absurdalnej komedii obserwujemy jak bohaterka się rozwija i rozlicza z traumami z dzieciństwa - opuszczeniem przez ojca, kontrolującą matkę, nieumiejętością nawiązywania relacji, a w trzecim sezonie godzi się ze swoimi problemami psychicznymi i zaczyna brać udział w terapii.
Trzeci sezon stanowi ogólnie punkt kulminacyjny w rozwoju bohaterki. Ostatecznie kończy swój związek z Joshem, odcina się od matki, zostaje właściwie zdiagnozowana, uczęszcza na terapię, usiłuje budować nowy, zdrowy związek, a ostatecznie... ląduje w więzieniu. A przynajmniej uświadamia sobie to, jak istotne jest wzięcie odpowiedzialności za własne czyny.
Jednocześnie serial bardzo stara się zachować swój komediowy klimat, w tym sezonie bardzo ładnie nawiązując do Piędziesięciu twarzy Greya przy budowaniu romansu między Rebeccą a jej szefem Nathanielem Plimtonem III.
Poza tym, chciałabym serial pochwalić za różnorodność obsady. Główna bohaterka, jest ładna, ale jednocześnie niska i okrągła. Nie gruba, ale zdecydowanie nie z figurą hollywoodzkiej gwiazdy. Jej pierwsza przyjaciółka i jej mąż są wyraźnie szerocy, pierwszy były chłopak Rebecci jest Filipińczykiem, a jego dziewczyna latynoską, a druga z istotnych bohaterek serialu Heather - ciemnoskóra. Do tego serial ma bohaterów reprezentujących różne orientacje i każdy z nich dostaje swój własny wątek (właściwie to dwóch bohaterów, którzy mają wątek wspólny).
Przy tym wątku chciałam się na chwilę zatrzymać. Zaczyna się dobrze. Darryl, szef Rebecci najpierw orientuje się, że jest biseksualny i zaczyna się umawiać z Białym Joshem (gejem). W trzecim sezonie związek bardzo ładnie zaczyna się rozpadać kiedy okazuje się, że bohaterowie mają różne oczekiwania od życia. Ostatecznie się rozchodzą i tu seria zaczyna robić się irytujący. Darryl chce dziecko. Zgłasza się do kliniki, żeby spróbować zapłodnienia invitro, ale nie potrafi znaleźć właściwej matki, aż ostatecznie Rebecca ofiaruje swoje DNA, a Heather zgadza się dziecko urodzić. I nikt nie przemyślał tej decyzji. Ani Darryl, nie zastanawiał się jak wychowa dziecko skoro jest sam, ani Rebecca, że nie powinna odstawiać leków, ani Heather, że dziewięć miesięcy noszenia ciąży to dużo. Szczególnie cudzej ciąży. A potem to dziecko trzeba urodzić. Nikt też nie próbował nawet sugerować zwykłej adopcji.
Jednak mimo wszystko bardzo lubię ten serial i polecam spróbować go obejrzeć.
wtorek, 24 kwietnia 2018
O podróżach w czasie w serialach - narzekania na Legends of Tommorow i Timeless
Można powiedzieć, że trzeci sezon Legends of tomorrow zastanawiał się nad tym, czy chronienie historii jest tego warte, szczególnie jeśli jest ona dla kogoś bolesna, ale było to dość egoistyczne zastanawianie się nad historią jednostki (w tym wypadku Sary), które może być zdecydowwanie bardziej skomplikowane w wypadku całego świata - w końcu dlaczego nie mielibyśmy zapobiec wojnom jeśli mielibyśmy taką możliwość?
Seriale zdają się nie lubić zmian w historii świata, nawet jeśli te powinny w jakiś sposób nastąpić - owszem, w Timeless reszta świata pamięta dodatkową książkę o Bondzie, albo znikają polowania na czarownice, jednak nie wpływa to w żaden sposób na resztę historii. Jednocześnie zmiana linii czasowej daje scenarzystom wygodną okazję do dodawania i pozbywania się bohaterów, kiedy tylko jest im to wygodne - wystarczy wyjaśnić, że bohaterowie odrobinę zmienili czas. Tak w Timeless pojawia się i znika żona jednego z bohaterów, w Legends of tomorrow bohaterowie wracają zza grobu, jeśli tylko przyprowadzą ich wersje sprzed podróży w czasie i nikt właściwie nie przejmuje się śmiercią bohatera, skoro nie jest to stan permanentny (ale to już jest materiał na osobne rozważania).
Inna sprawa, uderzyła mnie dość mocno przy najnowszym sezonie Legends of tomorrow. Serial stara się nas od pierwszego sezonu przekonać, że bohaterowie nie powinni brać udziału w wydarzeniach, w których już raz brali udział. I szukają artefaktu, który znaleźli pod Sommą w roku w którym toczyła się tam bitwa w trakcie pierwszej wojny światowej, a potem stracili go razem z potężną włócznią i wracali do tego samego czasu, żeby to odwrócić. Artefakt w tym miejscu musiał się znajdować od dobrych kilku wieków. Dlatego trudno mi nie zastanawiać się, dlaczego bohaterowie zamiast wskakiwać w środek wojny światowej nie cofnęli się o jakieś stulecie wcześniej, przekopali w okolicy i nie znaleźli właściwego artefaktu? Rzeczy umieszczone w świecie w jakimś punkcie w czasie na ogół nie są tam zablokowane i zostają też w innych wiekach. Dlatego równie dziwne wydawało mi się rozrzucenie kawałków Włóczni Przeznaczenia po różnych epokach, skoro i tak musi dojść do punktu w czasie, kiedy wszystkie cztery kawałki będą istniały w świecie równocześnie. A jednak bohaterowie i ich przeciwnicy musieli skakać do dokładnie tego samego czasu.
Tutaj mniej pytań stawia przed widzem Timeless, bo bohaterowie nie znają planu swoich wrogów i muszą śledzić ich w konkretne epoki, żeby pokrzyżować im plany.
To byłoby na tyle moich przemyśleń na temat podróży w czasie i seriali (I tak wszyscy kochamy doktora who, który ani przez chwilę nie martwi się tym czy jego decyzje nie spowodują paradoksów). W dużej części jak zwykle to tylko moje marudzenie, ale jakby ktoś miał podobne przemyślenia, albo uwagi to zapraszam do podzielenia się opinią w komentarzach. :)
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
Mogłoby się wydawać, że baśnie są czymś uniewersalnym, na czym wychowuje się każde dziecko. W końcu każdy słyszał o Kopciuszku, Małej syrence, Roszpunce i wielu innych baśniach, a współcześnie większość ludzi kojarzy je bardzo wyraźnie z ich disneyowskimi wersjami. Jednak ostatnio miałam okazję się przekonać, że to jak znamy daną baśń może się bardzo różnić.
Oto przedstawiam pięć baśni, które znam trochę inaczej.
1. Królewna Śnieżka:
Tutaj większość historii się zgadza. Jest zła królowa, która ma magiczne lustro, chce zabić Śnieżkę, ta ucieka do lasu i trafia na krasnoludki. Królowa to odkrywa i usiłuje się jej pozbyć samodzielnie przebierając się za starą handlarkę. I tutaj zaczynają się już różnice. Po pierwsze, Śnieżka nie poznaje żadnego księcia. Po drugie, próby zabójstwa są trzy. Najpierw gorsetem, potem grzebieniem, a dopiero na końcu zatrutym jabłkiem. Z dwóch pierwszych wyciągają ją krasnoludki, a dopiero przy jabłku efekt trwa dłużej. Krasnoludki rzeczywiście wkładają śnieżkę do szklanej trumny i dopiero tutaj wkracza książę... ale dalej nie ma ani słowa o pocałunku prawdziwej miłości. Śnieżka budzi się, kiedy jeden z niosących jej trumnę służących potyka się, a kawałek zatrutego jabłka wypada z jej gardła.
2. Kopciuszek:
Tej baśni w wersji spisanej istnieją dwie wersje, tą szerzej znaną (dzięki ekranizacji Disneya) jest spisana przez Charlesa Perraulta opowieść o Kopciuszku, wróżce i szklanym pantofelku. I wszystko byłoby się zgadzało, gdybym nie wychowywała się na wersji braci Grimm. W mojej wersji opowieści, ojciec Kopciuszka daje jej gałązkę, którą ta sadzi na grobie swojej matki. Jest też całkiem żywy i wyraźnie obojętny na niedolę swojej córki i zrobienie z niej służącej. Przed balem, Macocha złośliwie każe oddzielać jej soczewicę od popiołu w czym pomagają jej ptaki, ale i tak nie pozwala ostatecznie pójść na bal. Zrozpaczona Kopciuszek biegnie się wypłakać na grób swojej matki, z nieznanego powodu wiedząc, że krzyknięcie do drzewa "Drzewko, drzewko, wstrząśnij się, złotem srebrem obsyp mnie" sprawi, że dostanie strój. Rzeczywiście drzewo zrzuciło z siebie złotą suknię i jedwabne pantofle i Kopciuszek mogła pobiec na bal (w każdym razie ta wersja nie wspomina o dyniowej karecie i myszach zamienionych w konie). Nie ma też bardzo znanego przykazania o tym, że Kopciuszek musi wrócić przed północą. Zamiast tego dziewczyna ucieka z balu kiedy to ona ma na to ochotę, książę goni ją dwa razy, najpierw Kopciuszek chowa się w gołębniku, a potem na gruszy, aż trzeciego dnia balu, postanawia oblać schody smołą i tak książę zdobywa bucik, który każe wszystkim pannom w królestwie przymierzać. Podczas przymierzania jest też scena obcinania sobie palca i pięty przez obie siostry Kopciuszka i ptaki, śpiewające o tym, że książę wiezie złą narzeczoną.
3. Mała Syrenka:
Wszyscy chcielibyśmy, żeby historie kończyły się szczęśliwie, ale czasem tak nie jest. Przykładem baśni, która jest znacznie smutniejsza w moim dzieciństwie jest Mała Syrenka. Główna bohaterka rzeczywiście jest córką króla mórz i ma dwanaście sióstr, ratuje księcia z topiącego się statku i idzie do morskiej wiedźmy zawrzeć umowę - głos za nogi. Dostaje nakaz zdobycia miłości księcia w ciągu kilku dni, bo inaczej zginie... i tu historie się rozchodzą. Morska wiedźma nie mąci w żaden sposób w plany matrymonialne Syrenki, książę zwyczajnie zakochuje się w innej dziewczynie, przekonany, że to ona go uratowała, a nie syrenka i się z nią żeni. Siostry syrenki żeby ją ratować zawierają własny układ z wiedźmą i w zamian za swoje włosy dostają nóż, którym syrenka ma zabić swojego niedoszłego narzeczonego. Ona się na to nie zgadza i następnego dnia zamienia się w morską pianę.
4. Żabi Król:
Kolejna baśń która powinna się kończyć pocałunkiem prawdziwej miłości. Tyle, że... się nie kończy. W wersji którą ja znam z dzieciństwa, księżniczka bawi się złotą kulą nad stawem. Kula wpada jej do stawu i żaba zgadza się ją wyłowić w zamian za przysługę. Najpierw żaba chce zostać zabrana do pałacu, potem siedzieć z księżniczką przy stole (na wszystkie te prośby księżniczka zgadza się z obrzydzeniem), a na końcu spać w łóżku księżniczki. Na tę ostatnią prośbę, księżniczka rzuca żabą o ścianę, a wtedy zamienia się w pięknego księcia, który postanawia się z nią ożenić... Wciąż nie jestem pewna dlaczego miałby się żenić z kimś, kto właśnie rzucił nim o ścianę, ale z baśniami się nie dyskutuje.
5. Śpiąca królewna:
Chyba najmniej krwawa baśń z wymienionych wcześniej. I ma pocałunek na końcu. Różnica polega głównie na tym, że wróżek było dwanaście, a trzynasta była zła, bo Król i Królowa nie zabronili jej z braku złotego talerza. Księżniczka nazywała się różyczka a jej sen trwał sto lat i nie miał epickiej walki ze smokiem. Za to rodzice pilnowali dziecka i trzymali je w zamku, gdzie znalazła ostatnie wrzeciono w królestwie.
To byłoby na tyle baśni które ja znam inaczej. A Wy macie własne baśnie, które słyszeliście w innej wersji niż wasi znajomi? Albo może słyszeliście jeszcze inne wersje tych które ja wymieniłam?
5. Śpiąca królewna:
Chyba najmniej krwawa baśń z wymienionych wcześniej. I ma pocałunek na końcu. Różnica polega głównie na tym, że wróżek było dwanaście, a trzynasta była zła, bo Król i Królowa nie zabronili jej z braku złotego talerza. Księżniczka nazywała się różyczka a jej sen trwał sto lat i nie miał epickiej walki ze smokiem. Za to rodzice pilnowali dziecka i trzymali je w zamku, gdzie znalazła ostatnie wrzeciono w królestwie.
To byłoby na tyle baśni które ja znam inaczej. A Wy macie własne baśnie, które słyszeliście w innej wersji niż wasi znajomi? Albo może słyszeliście jeszcze inne wersje tych które ja wymieniłam?
niedziela, 22 kwietnia 2018
Miało być, a nie jest, czyli o niespełnionych oczekiwaniach wobec Netflixa
Swój wpis chciałam zacząć od tego, że z Netflixa korzystam od momentu kiedy wszedł do Polski i miałam okazję na własnej skórze doświadczyć jak baza się powiększała i pojawiało się coraz więcej opcji. Jednocześnie po tych kilku latach, kiedy ta platforma się na dobre rozgościła w Polsce, można zacząć się zastanawiać, czy na pewno spełnia wszystkie oczekiwania.
Zanim zacznę narzekać i wymieniać co mi się nie podoba, to jednak chciałabym wymienić niewątpliwe zalety korzystania z Netflixa.
Po pierwsze: Netflix zapamiętuje gdzie skończyłam oglądać i mogę spokojnie przerwać w połowie odcinka i nawet wrócić do oglądania na innym urządzeniu pół roku później (co mnie się często zdarza z serialami).
Po drugie rzeczywiście seriali i filmów ciągle przybywa (ale części ubywa, ale o tym za raz) i czasem pozwala to nadrobić klasykę kina, a czasem po prostu obejrzeć coś nowego, nie wymagającego zbyt dużo myślenia.
Poza tym nie potrzebuję telewizora, do oglądania seriali. To bardzo miłe kiedy mieszka się na przykład w akademiku, musząc dzielić dwadzieścia metrów kwadratowych przestrzeni z koleżanką (i to wliczając w te 20 metrów przedpokój i łazienkę).
Jak już zauważyłam, korzystanie z netflixa ma sporo plusów i osobiście nie korzystałabym z niego niemal dwa lata, gdybym nie uważała, że jednak to jest warte moich pieniędzy, jednak nie wszystkie moje oczekiwania się spełniły.
Pierwszym moim oczekiwaniem była wysoka jakość tłumaczeń. W końcu, jeśli się komuś płaci za tłumaczenie, to powinno być robione dobrze. Niestety z tym bywa różnie. I nie winię tu samych tłumaczy, którzy pewnie starają się zrobić jak najlepsze napisy, tylko system w którym każdy odcinek może być tłumaczony przez inną osobę i nikt nie kontroluje zgodności tłumaczeń, czego efektem jest tłumaczenie "Legion of doom" w Legends of tomorrow" na 4 różne sposoby na przestrzeni 3 odcinków. Nie do końca tak to powinno wyglądać.
Po drugie oczekiwałam wyboru. Pomijając wielkość samej bazy seriali, to brakuje mi możliwości wyboru ścieżki dźwiękowej, szczególnie w wypadku animacji. Część ma tylko angielski dubbing, część tylko polski, niektóre angielski i polski, nawet jeśli są japońskie albo francuskie. Jednak chciałabym móc obejrzeć rzeczy z oryginalnym dubbingiem. Albo w ogóle móc eksperymentować z tym i każdy odcinek móc obejrzeć w innym języku.
Dodatkowo brakuje mi czegoś, co jeszcze w 2016 netflix miał: możliwości zobaczenia z jaką ścieżką dźwiękową i napisami jest film bez konieczności włączania go. Nie wiem czemu ta opcja zniknęła razem z możliwością szukania po języku filmu, ale bardzo bym chciała żeby wróciła.
Punktem czwartym mojego narzekania jest różna baza napisów w zależności od kraju. O ile rozumiem, że istnieją prawne i pieniężne powody do ograniczenia bazy seriali inaczej w zależności od kraju, o tyle nie rozumiem, dlaczego wyjeżdżając za granicę nie mogę obejrzeć serialu, który na polskim netflixie jest z polskimi napisami. To może się wydawać mało istotne dla ludzi znających angielski, ale to dalej nie w porządku wobec tych którzy nie znają i chcieliby coś obejrzeć na wakacjach.
Dodatkowo mogę spokojnie marudzić na ubogość polskiej bazy (dlaczego zniknął Doctor Who? Dlaczego nie ma czwartego sezonu Sherlocka?), ale to co mnie czasem irytuje bardziej niż brak jakiegoś serialu to jego obecność częściowa. O ile jeszcze nie jest tak źle, kiedy dodany jest tylko pierwszy sezon. Może akurat Doktor Who nie jest zbyt problematyczny kiedy zacznie się go od piątego sezonu, ale to i tak irytuje, kiedy człowiek chciałby zacząć oglądać od pierwszego odcinka pierwszego sezonu, a nie obejrzeć tylko sezon drugi, bo to zostało dodane na netflixa.
Poza tym np. Dark Shadows nie ma w Polsce polskich napisów.
Może większość z tych rzeczy to nie są poważne problemy ale może drobne zmiany sprawiłyby, że w końcu obejrzę Monsters in Paris, który to film jest tylko z polskim dubbingiem.
Zanim zacznę narzekać i wymieniać co mi się nie podoba, to jednak chciałabym wymienić niewątpliwe zalety korzystania z Netflixa.
Po pierwsze: Netflix zapamiętuje gdzie skończyłam oglądać i mogę spokojnie przerwać w połowie odcinka i nawet wrócić do oglądania na innym urządzeniu pół roku później (co mnie się często zdarza z serialami).
Po drugie rzeczywiście seriali i filmów ciągle przybywa (ale części ubywa, ale o tym za raz) i czasem pozwala to nadrobić klasykę kina, a czasem po prostu obejrzeć coś nowego, nie wymagającego zbyt dużo myślenia.
Poza tym nie potrzebuję telewizora, do oglądania seriali. To bardzo miłe kiedy mieszka się na przykład w akademiku, musząc dzielić dwadzieścia metrów kwadratowych przestrzeni z koleżanką (i to wliczając w te 20 metrów przedpokój i łazienkę).
Jak już zauważyłam, korzystanie z netflixa ma sporo plusów i osobiście nie korzystałabym z niego niemal dwa lata, gdybym nie uważała, że jednak to jest warte moich pieniędzy, jednak nie wszystkie moje oczekiwania się spełniły.
Pierwszym moim oczekiwaniem była wysoka jakość tłumaczeń. W końcu, jeśli się komuś płaci za tłumaczenie, to powinno być robione dobrze. Niestety z tym bywa różnie. I nie winię tu samych tłumaczy, którzy pewnie starają się zrobić jak najlepsze napisy, tylko system w którym każdy odcinek może być tłumaczony przez inną osobę i nikt nie kontroluje zgodności tłumaczeń, czego efektem jest tłumaczenie "Legion of doom" w Legends of tomorrow" na 4 różne sposoby na przestrzeni 3 odcinków. Nie do końca tak to powinno wyglądać.
Po drugie oczekiwałam wyboru. Pomijając wielkość samej bazy seriali, to brakuje mi możliwości wyboru ścieżki dźwiękowej, szczególnie w wypadku animacji. Część ma tylko angielski dubbing, część tylko polski, niektóre angielski i polski, nawet jeśli są japońskie albo francuskie. Jednak chciałabym móc obejrzeć rzeczy z oryginalnym dubbingiem. Albo w ogóle móc eksperymentować z tym i każdy odcinek móc obejrzeć w innym języku.
Dodatkowo brakuje mi czegoś, co jeszcze w 2016 netflix miał: możliwości zobaczenia z jaką ścieżką dźwiękową i napisami jest film bez konieczności włączania go. Nie wiem czemu ta opcja zniknęła razem z możliwością szukania po języku filmu, ale bardzo bym chciała żeby wróciła.
Punktem czwartym mojego narzekania jest różna baza napisów w zależności od kraju. O ile rozumiem, że istnieją prawne i pieniężne powody do ograniczenia bazy seriali inaczej w zależności od kraju, o tyle nie rozumiem, dlaczego wyjeżdżając za granicę nie mogę obejrzeć serialu, który na polskim netflixie jest z polskimi napisami. To może się wydawać mało istotne dla ludzi znających angielski, ale to dalej nie w porządku wobec tych którzy nie znają i chcieliby coś obejrzeć na wakacjach.
Dodatkowo mogę spokojnie marudzić na ubogość polskiej bazy (dlaczego zniknął Doctor Who? Dlaczego nie ma czwartego sezonu Sherlocka?), ale to co mnie czasem irytuje bardziej niż brak jakiegoś serialu to jego obecność częściowa. O ile jeszcze nie jest tak źle, kiedy dodany jest tylko pierwszy sezon. Może akurat Doktor Who nie jest zbyt problematyczny kiedy zacznie się go od piątego sezonu, ale to i tak irytuje, kiedy człowiek chciałby zacząć oglądać od pierwszego odcinka pierwszego sezonu, a nie obejrzeć tylko sezon drugi, bo to zostało dodane na netflixa.
Poza tym np. Dark Shadows nie ma w Polsce polskich napisów.
Może większość z tych rzeczy to nie są poważne problemy ale może drobne zmiany sprawiłyby, że w końcu obejrzę Monsters in Paris, który to film jest tylko z polskim dubbingiem.
piątek, 20 kwietnia 2018
"Grimm" się skończył a pytania zostały
Nie dawno skończyłam oglądać serial Grimm, i chciałam podzielić się swoimi przemyśleniami na ten temat.
Sam serial zaczęłam oglądać dawno temu i przy pierwszym sezonie byłam zachwycona. Tyle nawiązań do baśni! Procedural! Potwory! Tajemnicze klucze! Dużo rzeczy które lubię. Jak wspominałam zaczyna się całkiem porządnie. Mamy policjanta, który okazuje się być Grimmem, co znaczy, że może widzieć weseny - półludzi-półzwierzęta (bądź inne mitologiczne stwory), wtopione w ludzką społeczność, oraz powinien je zabijać. Do tego odcinki nawiązują do baśni - pierwszy odcinek jest o dziewczynce w czerwonej pelerynie porwanej przez Blutbadena (człowieka-wilka) - z pewnym ciągłym wątkiem tajemniczych kluczy i siedmiu Gimmów-Krzyżowców. A potem przychodzą następne sezony i komplikacje.
Bohaterowie dobierają się w pary, mają dzieci, zmieniają stan człowieczeństwa, wracają zza grobów tylko po to, żeby wrócić do tych grobów z powrotem, i tak mija sześć sezonów, po zakończeniu których człowiek zostaje z wielką ilością pytań, którą ma ochotę podzielić się ze światem.
1. Co się stało z rodziną królewską? Od pierwszego sezonu dostajemy informacje o tajemniczych Królewskich, którzy chcą Grimma i klucze. Po czwartym sezonie słuch o nich ginie. Wszyscy zostali wybici?
2. Kim właściwie ci Królewscy są? Na pewno wesenami, jakoś spokrewnieni z Kapitanem Renardem z portland i mają inne weseny na swoje usługi. I siedzą w Austrii albo Szwajcarii. Ale trudno właściwie określić kim są i czym dokładnie rządzą. Krajami niemiecko-języcznymi? Wesenami Europejskimi?
3. Czy każdy Wesen mówi w języku, z którego pochodzi jego gatunek? A większość pochodzi z Niemiec. - Tak naprawdę mieliśmy okazję dobrze poznać tylko dwa weseny Rosalie i Monroe. Oboje wprowadzają Nicka w świat wesenów, a poza tym wykazują się jak na zegarmistrza i zielarkę wielkim talentem do tłumaczenia tekstów. Głównie niemieckiego we wszystkich odmianach, ale też łaciny i greki jeśli zajdzie taka potrzeba.
4. Właściwie to dlaczego weseny i ludzie nie mogą o sobie wiedzieć? Ja rozumiem, że historia, duża ilość nietolerancji i grimmowie, ale może nadszedł czas budowania ludzko-weseńskiej społeczności w której nikt nie będzie musiał ukrywać swojego gatunku?
5. Czy w tym świecie nie ma "Alicji w krainie czarów" i innych opowieści? Szósty sezon skupia się mocno na znalezieniu drogi na drugą stronę lustra, a w żadnych księgach Grimów i hexenbiestów nie ma o tym informacji. Co jest bardzo ciekawe, biorąc pod uwagę, że lustro od swojego powstania uważane są za portale do innych rzeczywistości.
6. O co właściwie chodzi z tą przepowiednią? 7 kluczy Grimmów miało prowadzić do magicznego patyka, który z kolei doprowadzał do magicznego kija w rękach złej czaszki. Zła czaszka najwyraźniej chciała Dianę (bardzo dziwne i psychopatyczne dziecko) za żonę. A potem chciała Kelly'ego - syna Nicka. Po co i dlaczego? Trudno powiedzieć. Nick zadźgał kijem czaszkę i sezon się skończył.
7. O co chodzi Dianie? W trakcie piątego sezonu mam ją przedstawioną jako małą psychopatkę chcącą żeby mamusia i tatuś byli razem, i nie mające problemów z zabijaniem innych żeby to osiągnąć. Ale kim jest Diana w sezonie szóstym? Idzie za Adalind kiedy ta jej każe, najpierw boi się czaszki a potem nie chce, żeby czaszkę próbowali krzywdzić, a potem wszystkie wydarzenia ostatniego odcinka nagle zostają cofnięte i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. A po 20 latach Diana ma wszechpotężny, magiczny kij. Ta sama Diana, która w poprzednim sezonie laleczką voodoo zmusiła własnego ojca do zabicia swojego sojusznika. Człowiek aż się zastanawia kiedy to doprowadzi do apokalipsy...
8. Dlaczego nie zniszczyli kija? Nick odebrał czaszce magiczny kij. I go trzyma. Chociaż to strasznie niebezpieczne narzędzie. Człowiek naprawdę nie może się nie zastanawiać, dlaczego badyla nie porąbali na kawałki i i nie spalili. Albo biorąc przykład z grimmowych krzyrzowców - ukryli gdzieś. Najlepiej nie zostawiając mapy.
Kto jak i dlaczego
Z tej strony Narzekacz, zwany też Pierwszą Marudą Internetu. Niedawno odkryłam, że brakuje mi miejsca, w którym mogłabym mówić o filmach, serialach książkach, bez martwienia się co jest spoilerem a co nie. Dlatego postanowiłam założyć bloga, na którym będę marudzić co mi się nie podobało, a czasem nawet chwalić co mi się podobało.
Jednocześnie chciałam poinformować, że wpisy będą zawierały spoilery. Wszystkie.
Jednocześnie chciałam poinformować, że wpisy będą zawierały spoilery. Wszystkie.
Paradoks na paradoksie, czyli o trzecim sezonie "Flasha"
Ostatnio skończyłam oglądać trzeci sezon Flasha i mam w związku z tym dużo przemyśleń. Głównie narzekań. Zacznę od tego, że ja zdaję sobie sprawę, że to od początku nie miał być poważny i intelektualny serial i w większości wypadków nie mam problemu z tym jak działa świat. Tylko... co za dużo to nie zdrowo. Trzeci sezon miał wątki, które mi się spodobały (jak Joe i pani prokurator albo HR. HR był świetny. Stanowił też pierwszego bohatera po pierwszym Wellsie, który wpadł na pomysł, że team Flash potrzebuje źródła dochodów. Brawo HR.), kilka które mi się nie podobały ale widzę, że coś chciały pokazać - jak samolubność Barry'ego przy podróżach w czasie na przykładzie Flashpointu, i dużo wątków które mi się nie podobały.
Przede wszystkim: Barry i Iris. Tego wątku romantycznego nie znoszę od minuty, w której pierwszy raz go wprowadzili. Bohaterowie wychowywali się razem i są niemal rodzeństwem co samo w sobie jest nieprzyjemne. Z drugiej strony od wprowadzenia tego wątku Iris staje się typową damą w opałach. (tak wiem, że zastrzeliła Barry'ego Savitara) a może miło byłoby dać jej wątek, który nie wiąże się z wejściem w kłopoty? Może przypomnieć sobie o jej dziennikarskiej karierze? Poza tym ciekawa sprawa: całość dekorowania wspólnego mieszkania Barry'ego i Iris to dzieło Barry'ego. Decyzja o wspólnym zamieszkaniu też była decyzją Barry'ego. Decyzja o ślubie też właściwie była podjęta i przyśpieszona przez Barry'ego (co dostało jakieś rozwinięcie głównie dla dramy związanej z "Chcesz się ożenić ze mną tylko dlatego, żeby mnie uratować!" ). I tak przyznaję że nie lubię tego związku. (Za to jakoś tak świat się robi milszym miejscem, kiedy na ekranie pojawiają się Flash i Supergirl. Chcę więcej Flasha i Supergirl!)
Przede wszystkim: Barry i Iris. Tego wątku romantycznego nie znoszę od minuty, w której pierwszy raz go wprowadzili. Bohaterowie wychowywali się razem i są niemal rodzeństwem co samo w sobie jest nieprzyjemne. Z drugiej strony od wprowadzenia tego wątku Iris staje się typową damą w opałach. (tak wiem, że zastrzeliła Barry'ego Savitara) a może miło byłoby dać jej wątek, który nie wiąże się z wejściem w kłopoty? Może przypomnieć sobie o jej dziennikarskiej karierze? Poza tym ciekawa sprawa: całość dekorowania wspólnego mieszkania Barry'ego i Iris to dzieło Barry'ego. Decyzja o wspólnym zamieszkaniu też była decyzją Barry'ego. Decyzja o ślubie też właściwie była podjęta i przyśpieszona przez Barry'ego (co dostało jakieś rozwinięcie głównie dla dramy związanej z "Chcesz się ożenić ze mną tylko dlatego, żeby mnie uratować!" ). I tak przyznaję że nie lubię tego związku. (Za to jakoś tak świat się robi milszym miejscem, kiedy na ekranie pojawiają się Flash i Supergirl. Chcę więcej Flasha i Supergirl!)
Sprawa druga: Caitlin"Nie zostanę killer frost" Snow . Mniej więcej pół sezonu (z pewnymi wskazówkami pojawiającymi się już w poprzednim) trwają dylematy moralne dr Snow, która nie chce zostać złoczyńcą i zaczyna panikować kiedy pojawiają się u niej lodowe moce. Caitlin ze wszystkich sił usiłuje się ich pozbyć, przekonana, że to doprowadzi ją do zostania złoczyńcą. A widz się zastanawia "A właściwie dlaczego?". Jak na razie w serialu jedyną wskazówką, że dr Snow mogła by zostać zła, było spotkanie z Killer Frost na alternatywnej Ziemi. Może zobaczenie siebie jako superzłoczyńcę jest i przerażającą wizją, jednak żyje otoczona ludźmi z supermocami. Widzi jak można je wykorzystywać do dobrych celów. Nawet widzi jak jej kolega, który był złoczyńcą na tej samej alternatywnej Ziemi co Killer Frost, zostaje bohaterem z supermocami. Widząc to wszystko człowiek się zastanawia skąd się wziął cały jej problem? Rzeczywiście posiadanie supermocy może być kłopotliwe, ale dlaczego miałaby nie móc liczyć na swoich (bądź co bądź) przyjaciół, w opanowaniu mocy?
Trzecim i moim zdaniem najbardziej kłopotliwym elementem tego sezonu, jest Savitar, główny przeciwnik Barry'ego. Zaczynamy całkiem niewinnie, walcząc z bogiem prędkości. Ów bóg, daje ludziom supermoce, które mieli we Flashpoincie i najwyraźniej jest Barrym z przyszłości. Bohaterowie serialu już niejednokrotnie walczyli ze złoczyńcami z przyszłości, więc widz zdążył się przyzwyczaić. Problem z Savitarem jednak leży głęboko w jego historii powstania. Jak trudno zgadnąć kto może kryć się pod metalową zbroją i być bogiem szybkości, pierwszym człowiekiem, który otrzymał suberszybkość? Savitar nawet nie próbuje dobrze ukrywać swojej tożsamości, mówiąc o sobie "I am the future flash". Ale seriale DC nie są od tego żeby trzymać widza w napięciu, dlatego, to że Savitar jest wersją Barry'ego z przyszłości nie stanowiło by większych problemów gdyby nie finał sezonu. Żeby dobrze zrozumieć naturę tego paradoksu trzeba dokładnie wgłębić się w postać Savitara. Jego historia zaczyna się od momentu, kiedy Savitar zabija Iris w jednej z linii czasowych. Pogrążony w rozpaczy Emo-Barry tworzy klony czasowe do walki z Savitarem, giną wszystkie poza jednym, którego Barry i spółka nie chcą więcej widzieć, więc rozzłoszczony klon chce zostać bogiem i cofa się w czasie żeby zabić Iris... I tak docieramy do fabuły tego sezonu. Cała heca polega na tym, że w finale sezonu zamiast Iris ginie HR (Wells nr 3. W sumie to ciekawe, że co sezon bohaterowie znajdują sobie nowego Wellsa). Barry nie pogrąża się w rozpaczy i Savitar niknie z linni czasowej ale HR zostaje martwy. I tak człowiek się zastanawia. Skoro Savitar nigdy nie powstał, to fabuła całego sezonu powinna była zostać anulowana a HR powinien żyć, bo Savitar, który go zabił nigdy nie powstał, więc nie mógł się cofnąć w czasie żeby próbować zabić Iris i w efekcie zabić HR'a. Więc dlaczego najfajniejsza postać tego sezonu dalej nie żyje?
Jeśli ktoś ma odpowiedź na to pytanie to chętnie wysłucham.
Pozdrawiam,
Wiciokrzew
Jeśli ktoś ma odpowiedź na to pytanie to chętnie wysłucham.
Pozdrawiam,
Wiciokrzew
Subskrybuj:
Posty (Atom)












