sobota, 28 kwietnia 2018

Śmieć pająkom - czyli arachnofobia i gry rpg



Muszę przyznać, że lubię grać w gry komputerowe, szczególnie RPG w świecie fantasy. Dość często jednak mam wrażenie, że gry wcale nie lubią tego, że w nie gram. Widzicie, ja panicznie boję się pająków, a twórcy gier, uparcie uważają, że olbrzymie pająki to świetny przeciwnik do pokonania.
W starych grach, jak Baldur's Gate, jeszcze nie miałam z tym dużych problemów. Kamerę miałam bardzo oddaloną od postaci i pająki, podobnie jak bohaterowie bardziej przypominali kolorowe kropki, niż cokolwiek innego.
Jednak razem z rozwojem gier, zaczynałam mieć coraz większy problem. Najpierw Dragon Age: Origins, miało duże, wyraźne pająki, plujące na gracza jadem i skaczące z sufitu. I Morrigan zamieniającą się w pająka i przyzywanie pająka jako towarzysza przez łowcę. Było to mocno nieprzyjemne, jednak w dalszym ciągu gra pozwalała oddalić kamerę od gracza, żeby nie musiał być zbyt blisko źródła swojego strachu.
I potem przyszedł drugi Dragon Age, gdzie twórcy postanowili wstawić pająki jako niemal podstawowego wroga i usunąć kamerę izometryczną. Wiem że Dragon Age 2 ma dużo wad, ale naprawdę, pozbycie się kamery izometrycznej było najgorszą rzeczą jaką ta gra mogła mi zrobić. Pająki tam są olbrzymie, paskudne i w dodatku nie można ich od siebie odsunąć, jak w poprzedniej części. Nie. Trzeba patrzeć - może i w trzeciej osobie a i to nie zawsze - jak stada olbrzymich pająków rzuca się na ekran, rzuca się na gracza. Trzeba patrzeć jak osiem włochatych zielonych nóg rozrywa postać gracza na kawałki. Zdecydowanie mi to nie odpowiada.

Najwyraźniej nie tylko ja mam problem z pająkami przy kamerze pierwszo albo trzecio-osobowej, bo kiedy grałam w skyrim, okazało się, że ktoś stworzył mod, który zamieniał pająki w niedźwiadki. Chociaż pewnie nigdy Skyrima nie skończę, to człowieka który ten mod stworzył będę wychwalać pod niebiosa. Skończyłabym grę z resztą już przy pierwszej jaskini, gdzie wyskoczyły na mnie trzy wielkie, czarne, włochate (te w Dragon Age'u i Baldur's Gate przynajmniej były kolorowe) pająki. Ale udało mi się znaleźć mod, który sprawił że świat był jakby bardziej arachnofobo przyjazny. Podobno pozbywał się też innych robalowatych stworzeń, ale ja wyeliminowałam tylko pająki.
Jednocześnie mam problem, bo gry często nie posiadają ani kamery izometrycznej, ani możliwości pozbycia się pająków, a ja się ich autentycznie boję, a twórcy gier najwyraźniej uważają je za idealnych przeciwników w grach fantasy.




PS.
Dzisiejszy wpis ilustrowany krokodylem z wrocławskiego zoo. Krokodyle uważam za urocze, nawet kiedy patrzą na człowieka z mordem w oczach.




PS.2

Link do moda usuwającego pająki ze skyrim: tutaj. Zamiast nich wyskakują niedźwiedzie. Wolę kiedy rozszarpują moje postaci niedźwiedzie niż pająki.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Crazy ex-Girlfriend, przemyślenia po trzecim sezonie



W ciągu ostatnich kilku lat, chyba najdziwniejszym serialem jaki miałam okazję oglądać było Crazy ex-girlfriend. Serial jest musicalem i komedią romantyczną. Główna bohaterka - Rebecca Bunch - zaczyna jako zestresowana prawniczka z Nowego Jorku, która po spotkaniu swojego byłego chłopaka postanawia się przeprowadzić do małej miejscowości w Kalifornii i przy okazji chłopaka odzyskać.
Od tego momentu czekają widza trzy (z czwartym w drodze) sezony absurdalnych piosenek i wstydzenia się za bohaterkę, która stalkuje swojego byłego chłopaka i robi wszystko, żeby robić jego aktualny związek.
Jednocześnie serial z każdym sezonem zaczyna mieć coraz poważniejszy ton. Pod płaszczem lekkiej i absurdalnej komedii obserwujemy jak bohaterka się rozwija i rozlicza z traumami z dzieciństwa - opuszczeniem przez ojca, kontrolującą matkę, nieumiejętością nawiązywania relacji, a w trzecim sezonie godzi się ze swoimi problemami psychicznymi i zaczyna brać udział w terapii.

Trzeci sezon stanowi ogólnie punkt kulminacyjny w rozwoju bohaterki. Ostatecznie kończy swój związek z Joshem, odcina się od matki, zostaje właściwie zdiagnozowana, uczęszcza na terapię, usiłuje budować nowy, zdrowy związek, a ostatecznie... ląduje w więzieniu. A przynajmniej uświadamia sobie to, jak istotne jest wzięcie odpowiedzialności za własne czyny.

Jednocześnie serial bardzo stara się zachować swój komediowy klimat, w tym sezonie bardzo ładnie nawiązując do Piędziesięciu twarzy Greya przy budowaniu romansu między Rebeccą a jej szefem Nathanielem Plimtonem III.
Poza tym, chciałabym serial pochwalić za różnorodność obsady. Główna bohaterka, jest ładna, ale jednocześnie niska i okrągła. Nie gruba, ale zdecydowanie nie z figurą hollywoodzkiej gwiazdy. Jej pierwsza przyjaciółka i jej mąż są wyraźnie szerocy, pierwszy były chłopak Rebecci jest Filipińczykiem, a jego dziewczyna latynoską, a druga z istotnych bohaterek serialu Heather - ciemnoskóra. Do tego serial ma bohaterów reprezentujących różne orientacje i każdy z nich dostaje swój własny wątek (właściwie to dwóch bohaterów, którzy mają wątek wspólny).

Przy tym wątku chciałam się na chwilę zatrzymać. Zaczyna się dobrze. Darryl, szef Rebecci najpierw orientuje się, że jest biseksualny i zaczyna się umawiać z Białym Joshem (gejem). W trzecim sezonie związek bardzo ładnie zaczyna się rozpadać kiedy okazuje się, że bohaterowie mają różne oczekiwania od życia. Ostatecznie się rozchodzą i tu seria zaczyna robić się irytujący. Darryl chce dziecko. Zgłasza się do kliniki, żeby spróbować zapłodnienia invitro, ale nie potrafi znaleźć właściwej matki, aż ostatecznie Rebecca ofiaruje swoje DNA, a Heather zgadza się dziecko urodzić. I nikt nie przemyślał tej decyzji. Ani Darryl, nie zastanawiał się jak wychowa dziecko skoro jest sam, ani Rebecca, że nie powinna odstawiać leków, ani Heather, że dziewięć miesięcy noszenia ciąży to dużo. Szczególnie cudzej ciąży. A potem to dziecko trzeba urodzić. Nikt też nie próbował nawet sugerować zwykłej adopcji.

Jednak mimo wszystko bardzo lubię ten serial i polecam spróbować go obejrzeć.


wtorek, 24 kwietnia 2018

O podróżach w czasie w serialach - narzekania na Legends of Tommorow i Timeless


Przyznaję, że lubię seriale o podróżach w czasie (przynajmniej częściowo dlatego, że praktycznie wychowałam się na doktorze who) i oglądam ich sporo. Jednocześnie trudno mi jest nie zauważyć, pewnych przewijających się przez nie wątków. Na przykład to, jak wszyscy bardzo się martwią czy nie zabiją swojego dziadka, albo nie zmienią historii za bardzo. Kiedy główny zły i tak to robi. Jednocześnie troska bohaterów dotyczy jedynie ich bezpośrednich przodków, a seriale nie mają zwyczaju się zastanawiać czy przypadkowy paź, który w XIII wieku został zabity przez wrogów głównych bohaterów, nie miał przypadkiem zostać ojcem matki ojca jakiegoś wielkiego reformatora w wieku XV. Jednocześnie seriale nie zwracają uwagi na konsekwencje tego, że uratowanie ludzi może mieć równie tragiczne konsekwencje dla czasu jak czyjaś śmierć. Nikt też nie zastanawia się, czy historia aby na pewno jest warta tego żeby ją chronić przed zmianami.
Można powiedzieć, że trzeci sezon Legends of tomorrow zastanawiał się nad tym, czy chronienie historii jest tego warte, szczególnie jeśli jest ona dla kogoś bolesna, ale było to dość egoistyczne zastanawianie się nad historią jednostki (w tym wypadku Sary), które może być zdecydowwanie bardziej skomplikowane w wypadku całego świata - w końcu dlaczego nie mielibyśmy zapobiec wojnom jeśli mielibyśmy taką możliwość?
Seriale zdają się nie lubić zmian w historii świata, nawet jeśli te powinny w jakiś sposób nastąpić - owszem, w Timeless reszta świata pamięta dodatkową książkę o Bondzie, albo znikają polowania na czarownice, jednak nie wpływa to w żaden sposób na resztę historii. Jednocześnie zmiana linii czasowej daje scenarzystom wygodną okazję do dodawania i pozbywania się bohaterów, kiedy tylko jest im to wygodne - wystarczy wyjaśnić, że bohaterowie odrobinę zmienili czas. Tak w Timeless pojawia się i znika żona jednego z bohaterów, w Legends of tomorrow bohaterowie wracają zza grobu, jeśli tylko przyprowadzą ich wersje sprzed podróży w czasie i nikt właściwie nie przejmuje się śmiercią bohatera, skoro nie jest to stan permanentny (ale to już jest materiał na osobne rozważania).
Inna sprawa, uderzyła mnie dość mocno przy najnowszym sezonie Legends of tomorrow. Serial stara się nas od pierwszego sezonu przekonać, że bohaterowie nie powinni brać udziału w wydarzeniach, w których już raz brali udział. I szukają artefaktu, który znaleźli pod Sommą w roku w którym toczyła się tam bitwa w trakcie pierwszej wojny światowej, a potem stracili go razem z potężną włócznią i wracali do tego samego czasu, żeby to odwrócić. Artefakt w tym miejscu musiał się znajdować od dobrych kilku wieków. Dlatego trudno mi nie zastanawiać się, dlaczego bohaterowie zamiast wskakiwać w środek wojny światowej nie cofnęli się o jakieś stulecie wcześniej, przekopali w okolicy i nie znaleźli właściwego artefaktu? Rzeczy umieszczone w świecie w jakimś punkcie w czasie na ogół nie są tam zablokowane i zostają też w innych wiekach. Dlatego równie dziwne wydawało mi się rozrzucenie kawałków Włóczni Przeznaczenia po różnych epokach, skoro i tak musi dojść do punktu w czasie, kiedy wszystkie cztery kawałki będą istniały w świecie równocześnie. A jednak bohaterowie i ich przeciwnicy musieli skakać do dokładnie tego samego czasu.
Tutaj mniej pytań stawia przed widzem Timeless, bo bohaterowie nie znają planu swoich wrogów i muszą śledzić ich w konkretne epoki, żeby pokrzyżować im plany.

To byłoby na tyle moich przemyśleń na temat podróży w czasie i seriali (I tak wszyscy kochamy doktora who, który ani przez chwilę nie martwi się tym czy jego decyzje nie spowodują paradoksów). W dużej części jak zwykle to tylko moje marudzenie, ale jakby ktoś miał podobne przemyślenia, albo uwagi to zapraszam do podzielenia się opinią w komentarzach. :)

poniedziałek, 23 kwietnia 2018



Mogłoby się wydawać, że baśnie są czymś uniewersalnym, na czym wychowuje się każde dziecko. W końcu każdy słyszał o Kopciuszku, Małej syrence, Roszpunce i wielu innych baśniach, a współcześnie większość ludzi kojarzy je bardzo wyraźnie z ich disneyowskimi wersjami. Jednak ostatnio miałam okazję się przekonać, że to jak znamy daną baśń może się bardzo różnić.
Oto przedstawiam pięć baśni, które znam trochę inaczej.

1. Królewna Śnieżka:
Tutaj większość historii się zgadza. Jest zła królowa, która ma magiczne lustro, chce zabić Śnieżkę, ta ucieka do lasu i trafia na krasnoludki. Królowa to odkrywa i usiłuje się jej pozbyć samodzielnie przebierając się za starą handlarkę. I tutaj zaczynają się już różnice. Po pierwsze, Śnieżka nie poznaje żadnego księcia. Po drugie, próby zabójstwa są trzy. Najpierw gorsetem, potem grzebieniem, a dopiero na końcu zatrutym jabłkiem. Z dwóch pierwszych wyciągają ją krasnoludki, a dopiero przy jabłku efekt trwa dłużej. Krasnoludki rzeczywiście wkładają śnieżkę do szklanej trumny i dopiero tutaj wkracza książę... ale dalej nie ma ani słowa o pocałunku prawdziwej miłości. Śnieżka budzi się, kiedy jeden z niosących jej trumnę służących potyka się, a kawałek zatrutego jabłka wypada z jej gardła.




2. Kopciuszek:

Tej baśni w wersji spisanej istnieją dwie wersje, tą szerzej znaną (dzięki ekranizacji Disneya) jest spisana przez Charlesa Perraulta opowieść o Kopciuszku, wróżce i szklanym pantofelku. I wszystko byłoby się zgadzało, gdybym nie wychowywała się na wersji braci Grimm. W mojej wersji opowieści, ojciec Kopciuszka daje jej gałązkę, którą ta sadzi na grobie swojej matki. Jest też całkiem żywy i wyraźnie obojętny na niedolę swojej córki i zrobienie z niej służącej. Przed balem, Macocha złośliwie każe oddzielać jej soczewicę od popiołu w czym pomagają jej ptaki, ale i tak nie pozwala ostatecznie pójść na bal. Zrozpaczona Kopciuszek biegnie się wypłakać na grób swojej matki, z nieznanego powodu wiedząc, że krzyknięcie do drzewa "Drzewko, drzewko, wstrząśnij się, złotem srebrem obsyp mnie" sprawi, że dostanie strój. Rzeczywiście drzewo zrzuciło z siebie złotą suknię i jedwabne pantofle i Kopciuszek mogła pobiec na bal (w każdym razie ta wersja nie wspomina o dyniowej karecie i myszach zamienionych w konie). Nie ma też bardzo znanego przykazania o tym, że Kopciuszek musi wrócić przed północą. Zamiast tego dziewczyna ucieka z balu kiedy to ona ma na to ochotę, książę goni ją dwa razy, najpierw Kopciuszek chowa się w gołębniku, a potem na gruszy, aż trzeciego dnia balu, postanawia oblać schody smołą i tak książę zdobywa bucik, który każe wszystkim pannom w królestwie przymierzać. Podczas przymierzania jest też scena obcinania sobie palca i pięty przez obie siostry Kopciuszka i ptaki, śpiewające o tym, że książę wiezie złą narzeczoną.




3. Mała Syrenka:
Wszyscy chcielibyśmy, żeby historie kończyły się szczęśliwie, ale czasem tak nie jest. Przykładem baśni, która jest znacznie smutniejsza w moim dzieciństwie jest Mała Syrenka. Główna bohaterka rzeczywiście jest córką króla mórz i ma dwanaście sióstr, ratuje księcia z topiącego się statku i idzie do morskiej wiedźmy zawrzeć umowę - głos za nogi. Dostaje nakaz zdobycia miłości księcia w ciągu kilku dni, bo inaczej zginie... i tu historie się rozchodzą. Morska wiedźma nie mąci w żaden sposób w plany matrymonialne Syrenki, książę zwyczajnie zakochuje się w innej dziewczynie, przekonany, że to ona go uratowała, a nie syrenka i się z nią żeni. Siostry syrenki żeby ją ratować zawierają własny układ z wiedźmą i w zamian za swoje włosy dostają nóż, którym syrenka ma zabić swojego niedoszłego narzeczonego. Ona się na to nie zgadza i następnego dnia zamienia się w morską pianę.




4. Żabi Król:
Kolejna baśń która powinna się kończyć pocałunkiem prawdziwej miłości. Tyle, że... się nie kończy. W wersji którą ja znam z dzieciństwa, księżniczka bawi się złotą kulą nad stawem. Kula wpada jej do stawu i żaba zgadza się ją wyłowić w zamian za przysługę. Najpierw żaba chce zostać zabrana do pałacu, potem siedzieć z księżniczką przy stole (na wszystkie te prośby księżniczka zgadza się z obrzydzeniem), a na końcu spać w łóżku księżniczki. Na tę ostatnią prośbę, księżniczka rzuca żabą o ścianę, a wtedy zamienia się w pięknego księcia, który postanawia się z nią ożenić... Wciąż nie jestem pewna dlaczego miałby się żenić z kimś, kto właśnie rzucił nim o ścianę, ale z baśniami się nie dyskutuje.




5. Śpiąca królewna:
Chyba najmniej krwawa baśń z wymienionych wcześniej. I ma pocałunek na końcu. Różnica polega głównie na tym, że wróżek było dwanaście, a trzynasta była zła, bo Król i Królowa nie zabronili jej z braku złotego talerza. Księżniczka nazywała się różyczka a jej sen trwał sto lat i nie miał epickiej walki ze smokiem. Za to rodzice pilnowali dziecka i trzymali je w zamku, gdzie znalazła ostatnie wrzeciono w królestwie.




To byłoby na tyle baśni które ja znam inaczej. A Wy macie własne baśnie, które słyszeliście w innej wersji niż wasi znajomi? Albo może słyszeliście jeszcze inne wersje tych które ja wymieniłam?

niedziela, 22 kwietnia 2018

Miało być, a nie jest, czyli o niespełnionych oczekiwaniach wobec Netflixa

Swój wpis chciałam zacząć od tego, że z Netflixa korzystam od momentu kiedy wszedł do Polski i miałam okazję na własnej skórze doświadczyć jak baza się powiększała i pojawiało się coraz więcej opcji. Jednocześnie po tych kilku latach, kiedy ta platforma się na dobre rozgościła w Polsce, można zacząć się zastanawiać, czy na pewno spełnia wszystkie oczekiwania.

Zanim zacznę narzekać i wymieniać co mi się nie podoba, to jednak chciałabym wymienić niewątpliwe zalety korzystania z Netflixa.
Po pierwsze: Netflix zapamiętuje gdzie skończyłam oglądać i mogę spokojnie przerwać w połowie odcinka i nawet wrócić do oglądania na innym urządzeniu pół roku później (co mnie się często zdarza z serialami).
Po drugie rzeczywiście seriali i filmów ciągle przybywa (ale części ubywa, ale o tym za raz) i czasem pozwala to nadrobić klasykę kina, a czasem po prostu obejrzeć coś nowego, nie wymagającego zbyt dużo myślenia.
Poza tym nie potrzebuję telewizora, do oglądania seriali. To bardzo miłe kiedy mieszka się na przykład w akademiku, musząc dzielić dwadzieścia metrów kwadratowych przestrzeni z koleżanką (i to wliczając w te 20 metrów przedpokój i łazienkę).

Jak już zauważyłam, korzystanie z netflixa ma sporo plusów i osobiście nie korzystałabym z niego niemal dwa lata, gdybym nie uważała, że jednak to jest warte moich pieniędzy, jednak nie wszystkie moje oczekiwania się spełniły.

Pierwszym moim oczekiwaniem była wysoka jakość tłumaczeń. W końcu, jeśli się komuś płaci za tłumaczenie, to powinno być robione dobrze. Niestety z tym bywa różnie. I nie winię tu samych tłumaczy, którzy pewnie starają się zrobić jak najlepsze napisy, tylko system w którym każdy odcinek może być tłumaczony przez inną osobę i nikt nie kontroluje zgodności tłumaczeń, czego efektem jest tłumaczenie "Legion of doom" w Legends of tomorrow" na 4 różne sposoby na przestrzeni 3 odcinków.  Nie do końca tak to powinno wyglądać.

Po drugie oczekiwałam wyboru. Pomijając wielkość samej bazy seriali, to brakuje mi możliwości wyboru ścieżki dźwiękowej, szczególnie w wypadku animacji. Część ma tylko angielski dubbing, część tylko polski, niektóre angielski i polski, nawet jeśli są japońskie albo francuskie. Jednak chciałabym móc obejrzeć rzeczy z oryginalnym dubbingiem. Albo w ogóle móc eksperymentować z tym i każdy odcinek móc obejrzeć w innym języku.

Dodatkowo brakuje mi czegoś, co jeszcze w 2016 netflix miał: możliwości zobaczenia z jaką ścieżką dźwiękową i napisami jest film bez konieczności włączania go. Nie wiem czemu ta opcja zniknęła razem z możliwością szukania po języku filmu, ale bardzo bym chciała żeby wróciła.

Punktem czwartym mojego narzekania jest różna baza napisów w zależności od kraju. O ile rozumiem, że istnieją prawne i pieniężne powody do ograniczenia bazy seriali inaczej w zależności od kraju, o tyle nie rozumiem, dlaczego wyjeżdżając za granicę nie mogę obejrzeć serialu, który na polskim netflixie jest z polskimi napisami. To może się wydawać mało istotne dla ludzi znających angielski, ale to dalej nie w porządku wobec tych którzy nie znają i chcieliby coś obejrzeć na wakacjach.

Dodatkowo mogę spokojnie marudzić na ubogość polskiej bazy (dlaczego zniknął Doctor Who? Dlaczego nie ma czwartego sezonu Sherlocka?), ale to co mnie czasem irytuje bardziej niż brak jakiegoś serialu to jego obecność częściowa. O ile jeszcze nie jest tak źle, kiedy dodany jest tylko pierwszy sezon. Może akurat Doktor Who nie jest zbyt problematyczny kiedy zacznie się go od piątego sezonu, ale to i tak irytuje, kiedy człowiek chciałby zacząć oglądać od pierwszego odcinka pierwszego sezonu, a nie obejrzeć tylko sezon drugi, bo to zostało dodane na netflixa.
Poza tym np. Dark Shadows nie ma w Polsce polskich napisów.

Może większość z tych rzeczy to nie są poważne problemy ale może drobne zmiany sprawiłyby, że w końcu obejrzę Monsters in Paris, który to film jest tylko z polskim dubbingiem.

piątek, 20 kwietnia 2018

"Grimm" się skończył a pytania zostały


Nie dawno skończyłam oglądać serial Grimm, i chciałam podzielić się swoimi przemyśleniami na ten temat. 
Sam serial zaczęłam oglądać dawno temu i przy pierwszym sezonie byłam zachwycona. Tyle nawiązań do baśni! Procedural! Potwory! Tajemnicze klucze! Dużo rzeczy które lubię. Jak wspominałam zaczyna się całkiem porządnie. Mamy policjanta, który okazuje się być Grimmem, co znaczy, że może  widzieć weseny - półludzi-półzwierzęta (bądź inne mitologiczne stwory), wtopione w ludzką społeczność, oraz powinien je zabijać. Do tego odcinki nawiązują do baśni - pierwszy odcinek jest o dziewczynce w czerwonej pelerynie porwanej przez Blutbadena (człowieka-wilka) - z pewnym ciągłym wątkiem tajemniczych kluczy i siedmiu Gimmów-Krzyżowców. A potem przychodzą następne sezony i komplikacje. 
Bohaterowie dobierają się w pary, mają dzieci, zmieniają stan człowieczeństwa, wracają zza grobów tylko po to, żeby wrócić do tych grobów z powrotem, i tak mija sześć sezonów, po zakończeniu których człowiek zostaje z wielką ilością pytań, którą ma ochotę podzielić się ze światem.
1. Co się stało z rodziną królewską? Od pierwszego sezonu dostajemy informacje o tajemniczych Królewskich, którzy chcą Grimma i klucze. Po czwartym sezonie słuch o nich ginie. Wszyscy zostali wybici?
2. Kim właściwie ci Królewscy są? Na pewno wesenami, jakoś spokrewnieni z Kapitanem Renardem z portland i mają inne weseny na swoje usługi. I siedzą w Austrii albo Szwajcarii. Ale trudno właściwie określić kim są i czym dokładnie rządzą. Krajami niemiecko-języcznymi? Wesenami Europejskimi?
3. Czy każdy Wesen mówi w języku, z którego pochodzi jego gatunek? A większość pochodzi z Niemiec. - Tak naprawdę mieliśmy okazję dobrze poznać tylko dwa weseny Rosalie i Monroe. Oboje wprowadzają Nicka w świat wesenów, a poza tym wykazują się jak na zegarmistrza i zielarkę wielkim talentem do tłumaczenia tekstów. Głównie niemieckiego we wszystkich odmianach, ale też łaciny i greki jeśli zajdzie taka potrzeba.
4. Właściwie to dlaczego weseny i ludzie nie mogą o sobie wiedzieć? Ja rozumiem, że historia, duża ilość nietolerancji i grimmowie, ale może nadszedł czas budowania ludzko-weseńskiej społeczności w której nikt nie będzie musiał ukrywać swojego gatunku?
5. Czy w tym świecie nie ma "Alicji w krainie czarów" i innych opowieści? Szósty sezon skupia się mocno na znalezieniu drogi na drugą stronę lustra, a w żadnych księgach Grimów i hexenbiestów nie ma o tym informacji. Co jest bardzo ciekawe, biorąc pod uwagę, że lustro od swojego powstania uważane są za portale do innych rzeczywistości.
6. O co właściwie chodzi z tą przepowiednią? 7 kluczy Grimmów miało prowadzić do magicznego patyka, który z kolei doprowadzał do magicznego kija w rękach złej czaszki. Zła czaszka najwyraźniej chciała Dianę (bardzo dziwne i psychopatyczne dziecko) za żonę. A potem chciała Kelly'ego - syna Nicka. Po co i dlaczego? Trudno powiedzieć. Nick zadźgał kijem czaszkę i sezon się skończył.
7. O co chodzi Dianie? W trakcie piątego sezonu mam ją przedstawioną jako małą psychopatkę chcącą żeby mamusia i tatuś byli razem, i nie mające problemów z zabijaniem innych żeby to osiągnąć.  Ale kim jest Diana w sezonie szóstym? Idzie za Adalind kiedy ta jej każe, najpierw boi się czaszki a potem nie chce, żeby czaszkę próbowali krzywdzić, a potem wszystkie wydarzenia ostatniego odcinka nagle zostają cofnięte i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. A po 20 latach Diana ma wszechpotężny, magiczny kij. Ta sama Diana, która w poprzednim sezonie laleczką voodoo zmusiła własnego ojca do zabicia swojego sojusznika. Człowiek aż się zastanawia kiedy to doprowadzi do apokalipsy...
8. Dlaczego nie zniszczyli kija? Nick odebrał czaszce magiczny kij. I go trzyma. Chociaż to strasznie niebezpieczne narzędzie. Człowiek naprawdę nie może się nie zastanawiać, dlaczego badyla nie porąbali na kawałki i i nie spalili. Albo biorąc przykład z grimmowych krzyrzowców - ukryli gdzieś. Najlepiej nie zostawiając mapy. 

Kto jak i dlaczego

Z tej strony Narzekacz, zwany też Pierwszą Marudą Internetu. Niedawno odkryłam, że brakuje mi miejsca, w którym mogłabym mówić o filmach, serialach książkach, bez martwienia się co jest spoilerem a co nie. Dlatego postanowiłam założyć bloga, na którym będę marudzić co mi się nie podobało, a czasem nawet chwalić co mi się podobało.

Jednocześnie chciałam poinformować, że wpisy będą zawierały spoilery. Wszystkie.

Paradoks na paradoksie, czyli o trzecim sezonie "Flasha"

Ostatnio skończyłam oglądać trzeci sezon Flasha i mam w związku z tym dużo przemyśleń. Głównie narzekań.  Zacznę od tego, że ja zdaję sobie sprawę, że to od początku nie miał być poważny i intelektualny serial i w większości wypadków nie mam problemu z tym jak działa świat. Tylko... co za dużo to nie zdrowo. Trzeci sezon miał wątki, które mi się spodobały (jak Joe i pani prokurator albo HR. HR był świetny. Stanowił też pierwszego bohatera po pierwszym Wellsie, który wpadł na pomysł, że team Flash potrzebuje źródła dochodów. Brawo HR.), kilka które mi się nie podobały ale widzę, że coś chciały pokazać - jak samolubność Barry'ego przy podróżach w czasie na przykładzie Flashpointu, i dużo wątków które mi się nie podobały. 
Przede wszystkim: Barry i Iris. Tego wątku romantycznego nie znoszę od minuty, w której pierwszy raz go wprowadzili. Bohaterowie wychowywali się razem i są niemal rodzeństwem co samo w sobie jest nieprzyjemne. Z drugiej strony od wprowadzenia tego wątku Iris staje się typową damą w opałach. (tak wiem, że zastrzeliła Barry'ego Savitara) a może miło byłoby dać jej wątek, który nie wiąże się z wejściem w kłopoty? Może przypomnieć sobie o jej dziennikarskiej karierze? Poza tym ciekawa sprawa: całość dekorowania wspólnego mieszkania Barry'ego i Iris to dzieło Barry'ego.  Decyzja o wspólnym zamieszkaniu też była decyzją Barry'ego.  Decyzja o ślubie też właściwie była podjęta i przyśpieszona przez Barry'ego (co dostało jakieś rozwinięcie głównie dla dramy związanej z "Chcesz się ożenić ze mną tylko dlatego, żeby mnie uratować!" ). I tak przyznaję że nie lubię tego związku. (Za to jakoś tak świat się robi milszym miejscem, kiedy na ekranie pojawiają się Flash i Supergirl. Chcę więcej Flasha i Supergirl!) 
Sprawa druga: Caitlin"Nie zostanę killer frost" Snow . Mniej więcej pół sezonu (z pewnymi wskazówkami pojawiającymi się już w poprzednim) trwają dylematy moralne dr Snow, która nie chce zostać złoczyńcą i zaczyna panikować kiedy pojawiają się u niej lodowe moce. Caitlin ze wszystkich sił usiłuje się ich pozbyć, przekonana, że to doprowadzi ją do zostania złoczyńcą. A widz się zastanawia "A właściwie dlaczego?". Jak na razie w serialu jedyną wskazówką, że dr Snow mogła by zostać zła, było spotkanie z Killer Frost na alternatywnej Ziemi. Może zobaczenie siebie jako superzłoczyńcę jest i przerażającą wizją, jednak żyje otoczona ludźmi z supermocami. Widzi jak można je wykorzystywać do dobrych celów. Nawet widzi jak jej kolega, który był złoczyńcą na tej samej alternatywnej Ziemi co Killer Frost, zostaje bohaterem z supermocami. Widząc to wszystko człowiek się zastanawia skąd się wziął cały jej problem?  Rzeczywiście posiadanie supermocy może być kłopotliwe, ale dlaczego miałaby nie móc liczyć na swoich (bądź co bądź) przyjaciół, w opanowaniu mocy? 

Trzecim i moim zdaniem najbardziej kłopotliwym elementem tego sezonu, jest Savitar, główny przeciwnik Barry'ego. Zaczynamy całkiem niewinnie, walcząc z bogiem prędkości. Ów bóg, daje ludziom supermoce, które mieli we Flashpoincie i najwyraźniej jest Barrym z przyszłości. Bohaterowie serialu już niejednokrotnie walczyli ze złoczyńcami z przyszłości, więc widz zdążył się przyzwyczaić. Problem z Savitarem jednak leży głęboko w jego historii powstania. Jak trudno zgadnąć kto może kryć się pod metalową zbroją i być bogiem szybkości, pierwszym człowiekiem, który otrzymał suberszybkość? Savitar nawet nie próbuje dobrze ukrywać swojej tożsamości, mówiąc o sobie "I am the future flash".  Ale seriale DC nie są od tego żeby trzymać widza w napięciu, dlatego, to że Savitar jest wersją Barry'ego z przyszłości nie stanowiło by większych problemów gdyby nie finał sezonu. Żeby dobrze zrozumieć naturę tego paradoksu trzeba dokładnie wgłębić się w postać Savitara. Jego historia zaczyna się od momentu, kiedy Savitar zabija Iris w jednej z linii czasowych. Pogrążony w rozpaczy Emo-Barry tworzy klony czasowe do walki z Savitarem, giną wszystkie poza jednym, którego Barry i spółka nie chcą więcej widzieć, więc rozzłoszczony klon chce zostać bogiem i cofa się w czasie żeby zabić Iris... I tak docieramy do fabuły tego sezonu. Cała heca polega na tym, że w finale sezonu zamiast Iris ginie HR (Wells nr 3. W sumie to ciekawe, że co sezon bohaterowie znajdują sobie nowego Wellsa). Barry nie pogrąża się w rozpaczy i Savitar niknie z linni czasowej ale HR zostaje martwy. I tak człowiek się zastanawia. Skoro Savitar nigdy nie powstał, to fabuła całego sezonu powinna była zostać anulowana a HR powinien żyć, bo Savitar, który go zabił nigdy nie powstał, więc nie mógł się cofnąć w czasie żeby próbować zabić Iris i w efekcie zabić HR'a.  Więc dlaczego najfajniejsza postać tego sezonu dalej nie żyje? 

Jeśli ktoś ma odpowiedź na to pytanie to chętnie wysłucham.

Pozdrawiam,
Wiciokrzew