sobota, 5 maja 2018
Dzisiaj chciałam porozmawiać o książkach. Często zdarza mi się rozmawiać z ludźmi, którzy szczycą się tym ile posiadają książek. Może to moja prywatna paranoja jest, ale mam wrażenie, że w tych zachwytach nad rozmiarem biblioteki może być taka ukryta pogarda wobec ludzi których biblioteczki nie są tak pokaźne.
Chciałam zacząć od tego, że w moim domu rodzinnym zawsze panowała dość dziwna sytuacja: niemal każdy w rodzinie coś czytał, ale książek w domu nie było. To znaczy były, ale nigdy nie mieliśmy w domu wielkiego regału poświęconego książką. Za to do dzisiaj jest cała masa regałów z filiżankami, imbrykami i generalnie porcelaną, której nikt nie używa bo jest za ładna. A największą biblioteczkę mam ja, bo liczy całe 20 pozycji. W tym 4 tomy Harry'ego Pottera.
Ale to, że nie posiadam książek, nie oznacza że ich nie czytam (chociaż ostatnio rzeczywiście czytam znacznie mniej niż w czasach szkolnych). Po prostu dla mnie źródłem literatury zawsze była biblioteka miejska, a nie księgarnia. Nigdy nie zależało mi z resztą na posiadaniu książek na własność. I nawet dzisiaj, kiedy kupię książkę często ją komuś pożyczam, albo po przeczytaniu oddaję do biblioteki. Często z myślą o tym, że książki jednak nie są tanie i dlaczego mój tomik One piece'a albo mój egzemplarz Władcy Pierścieni miałby stać i się kurzyć na półce, kiedy ktoś inny może chcieć to przeczytać?
Poza tym bardzo rzadko wracam do książki, którą już raz przeczytałam. Wyjątek tu stanowią tylko opowiadania o Sherlocku Holmesie, które zdarzało mi się czytać po trzy razy. Ale to głównie dlatego, że jedno opowiadanie potrafiło mieć trzy różne tytuły i dopiero w połowie orientowałam się, że już je czytałam. To potem bardzo przykre uczucie, kiedy nie wie się, czy się domyśliło zakończenia dlatego, że wcześniej się je znało, czy dlatego, że zagadka była prosta.
I można się zastanowić czy posiadanie książki jest na pewno niezbędne?
Szczególnie współcześnie posiadanie papierowych książek na półkach przestaje być takie oczywiste, kiedy znacznie wygodniej jest trzymać wersje cyfrowe na czytniku - minusem takich wersji jest niemożność pożyczenia komuś książki.
Oczywiście posiadanie papierowych książek ma swoje plusy: na przykład można czytać w wannie nie obawiając się o to, że książka zostanie zniszczona. Można poprosić autora o autograf, można po książce pisać albo zmienić jej zastosowanie (tak, przyznaję się, że wielkie, grube tomiszcze wszystkich spraw Sherlocka Holmesa robi za stolik. Ale ta książka jest zdecydowanie zbyt wielka żeby nadawać się do czegoś innego...). I tak, kupienie książki, jest wsparciem autora, a czasem tłumacza. Tylko nie wszyscy autorzy tego wsparcia potrzebują. Taki Tolkien na przykład, zmarły już od lat. Albo nie tak dawno zmarły Pratchett. Owszem, można powiedzieć, że wtedy wspieramy ich rodzinę. I to jest bardzo miłe.
Tylko zastanawiam się czy aby na pewno możemy oceniać to jakim ktoś jest czytelnikiem, po ilości posiadanych przez niego książek?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz