niedziela, 13 maja 2018

Jak zostałam Mistrzem - czyli o graniu w RPG



Dzisiaj chciałam opowiedzieć o swoim (dość niewielkim doświadczeniu) w graniu w RPGi.
Moja przygoda zaczęła się kilka lat temu, kiedy koleżanka pierwszy raz powiedziała mi, że jest coś takiego jak gra, gdzie się wymyśla postać i ją odgywa i rzuca kostkami. Przez następne kilka lat bez skutku usiłowałam znaleźć drużynę i mistrza gry (z kilkoma dość krótkimi przygodami podczas konwentów, gdzie udało mi się zagrać). Ale los się do mnie uśmiechnął, kiedy zapisałam się do Śląskiego klubu fantastyki (wtedy jeszcze, będąc zainteresowana głównie sekcją literacką). Zapisanie się do klubu ułatwiło mi życie na kilka sposobów. Po pierwsze, okazało się, że tam są ludzie którzy wiedzą jak prowadzić grę i też chcą zagrać. Po drugie, tam są podręczniki. Pierwszy raz zagrałam dłuższą kampanię na systemie Gry o tron. Wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałam jak właściwie sesja RPG działa (okazuje się, że bardzo istotnym jej elementem są ciasteczka) i jak właściwie tworzy się postać i że NPCom nie należy ufać. I czasem NPCów trzeba zabijać. W efekcie grałam dość snobistyczną arystokratką, nieoficjalnie dziedziczką dwóch fortun, nie mającą bladego pojęcia jak trzymać miecz w ręce (to nie była mądra decyzja). Drużyna też nie należała do specjalnie zgranych, w efekcie czego 90% sesji stanowiło kłócenie się naszych postaci o najgłupsze rzeczy (np. ile powinniśmy zapłacić wieśniakowi za informacje) w efekcie czego 2/3 drużyny zginęły marnie.

Następną sesją w jaką miałam okazję grać były Gwiezde wojny. Wtedy graliśmy jako agenci imperialnych służb bezpieczeństwa. Bardzo niekompetentni i bardzo niezgrani, przez co wysadziliśmy się w powietrze usiłująć zmienić karierę i ukraść statek kosmiczny. Ale świetnie się przy tym bawiliśmy (jeszcze jakby ktokolwiek wiedział jak się statkiem kosmicznym lata...)

Potem bardzo chciałam zagrać w coś w klimatach fantasy. Np. D&D. Całkiem sporo osób też chciało zagrać. Ale nikt nie chciał prowadzić. Ostatecznie podjęłam decyzję. "Nie mam bladego pojęcia co robię, ale może nikt nie zauważy" pomyślałam, wypożyczyłam podręcznik, zebrałam graczy i poprowadziłam sesję. Gracze przeżyli. Potwory nie bardzo. Przy następnej sesji już wiedziałam co robię. Gracze znowu przeżyli, a potwory nie bardzo. Po kilku miesiącach uznałam, że chyba wiem co robię. W końcu gracze uparcie pokonywali wszystko co im rzuciłam.

Przepełniona pewnością siebie, zebrałam drugą drużynę. Tym razem akcję umieściłam w waterdeep. Zachwycona byłam już przy tworzeniu postaci, kiedy przyszedł pomysł hobbita zaklinacza z wielkim kotem jako chowańcem. Kot dostał swoją własną kartę postaci. Oraz kapłankę nowopowstającego kościoła, latającego potwora spagetti. Wyjątkowo zdziwiłam się kiedy nagle okazało się, że mając innych graczy sesja też wygląda zupełnie inaczej. Nagle ubijanie potworów przestało być tak istotne (częściowo dlatego, ze odkryłam, że szczur potrafi być bardzo groźny dla pierwszopoziomowego gracza) i byłam autentycznie zachwycona obserwując, jak bohaterowie rozmawiają między sobą, planują, dyskutują i odgrywają swoje postaci. Nagle okazało się że kostki to tylko dodatek i że właściwie to potworów też nie bardzo muszę rzucać (przyznam, że nawet obiecałam graczom, że walk nie będzie dużo bo prowadząc zdecydowanie wolę myśleć o fabule niż o walce).
Jednocześnie widzę, jak dużo jeszcze muszę się nauczyć: na przykład lepszego rozplanowania misji, lepszego tworzenia enpeców. Cennika (okazuje się, że jeśli gracze prowadzą karczmę to mają wydatki), integrowania drużyny (większość moich graczy ma równie małe doświaczenie jak ja, więc wydaje mi się, że to jakie relacje panują w durużynie i między graczami jest też efektem działań mistrza gry).

Osobiście zachęcam każdego do szukania właściwych drużyn i może samemu poprowadzenia.




Ps.
Macie może jakieś doświadczenia w graniu albo prowadzeniu sesji RPG?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz