Dzisiaj chciałam porozmawiać o książkach, na których się wychowałam. Kiedy byłam w szkole podstawowej zaczytywałam się w kolejnych tomach Harry'ego Pottera całkowicie bezkrytycznie. Kiedy zrobiłam się trochę starsza, przestałam być w stanie podchodzić do czegokolwiek w ten sposób. Przy powrocie do serii, po czytaniu niezliczonych dyskusji fanowskich na jej temat, a także uwrażliwiona na problem rasizmu w społeczeństwie, nagle zauważyłam, że świat czarodziejów w Harry'm Potterze wcale nie jest tak przyjazny jak mógłby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Oczywiście, wszyscy wiemy, że Voldemort jest zły i że dobrzy czarodzieje nie będą go popierać. Tylko że, sprawa jest tu znacznie bardziej skomplikowana.
Przede wszystkim, jedynymi mugolami jakich mamy okazję poznać są Dursleyowie, których książki portretują jako głupich, naiwnych i przede wszystkim znęcających się nad Harrym bo nie znoszą magii. Jednocześnie, kiedy spojrzymy na książki z innej perspektywy, to możemy zauważyć, że oni nie mają powodów, żeby tę magię lubić.
Przede wszystkim, strach przed nieznanym, leży bardzo głęboko w ludzkiej naturze, a magia jest właśnie taką dziwną siłą której nie mogą kontrolować, ani przed którą nie mogą się bronić. Dodatkowo w ciągu wszystkich siedmiu tomów z powodu magii spotkały ich same nieszczęścia i upokorzenia. Najpierw Dumbledore podrzuca im dziecko, którego nie chcą i którego nie będą w stanie wychować i wcale nie wiemy czy Harry, nie kontrolując swoich mocy nie sprawiał problemów, których mugole nie byli w stanie rozwiązać. Jednocześnie już w Kamieniu filozoficznym, możemy zobaczyć jak dom Dursleyów zostaje oblężony i zaśmiecony przez sowy. Dursleyowie czują się tak zastraszeni, że usiłują uciekać z własnego domu, gdzie znajduje ich Hagrid. Hagrid, wyważa drzwi do ich kryjówki, transformuje Dudley'a w świnkę i porywa Harry'ego. Pod koniec tomu nawet radzi mu, wykorzystywać niewiedzę swoich opiekunów i grozić im, ponownym transformowaniem ich w coś nieprzyjemnego.
W Komnacie Tajemnic do domu Dursleyów przybywa cudzy, nieproszony skrzat domowy, który psuje spotkanie służbowe mogące zaważyć o przyszłości kariery Vernona. A później Wesley'owie porywają Harry'ego.
We Więźniu Azkabanu, Harry zamienia ciotkę w balona i ucieka z domu, zostawiając ją fruwającą bezwolnie nad miastem.
W Czarze Ognia, Harry szantażuje Dursleyów, że powie Syriuszowi Blackowi - w dalszym ciągu przez większość świata uważanego za mordercę - że go źle traktują, jeśli nie pozwolą mu wybrać się na mecz Quiddicha. W listach do przyjaciół, Harry nie używa sformułowania "moi krewni" "mój wuj i ciotka" cz "wujostwo" tylko "moi mugole", a Weasley'owie przybywając do domu Dursleyów, wysadzają im w powietrze kominek.
W Zakonie Feniksa, Dudley zostaje zaatakowany przez Dementora.
W Księciu Półkrwi, Dumbledore wchodzi do domu. Może jest to ich najmniej nieprzyjemne spotkanie z czarodziejami, jednak w dalszym ciągu wchodzi nieproszony i rozgaszcza się jakby był u siebie, w dodatku, używając magii, czego Dursleowie sobie nigdy nie życzyli.
Podsumowując te sześć tomów, nikt z bohaterów - podkreślmy tu jeszcze raz pozytywnych bohaterów - nie okazywał im żadnego szacunku. Co więcej spotykali się z ciągłymi groźbami i przemocą ze strony czarodziejów (bo trudno mi inaczej nazwać transmutowanie dziecka w świnkę).
I takie działania, nie są jednostkowe. Ministerstwo magii czyści mugolom pamięć, jeśli natkną się na jakiś przejaw magii. I tak, robią to dla własnej ochrony. Ale czy możecie sobie wyobrazić bardziej intymne ingerowanie w czyjeś życie niż manipulowanie jego wspomnieniami? I jak dowiadujemy się z Księcia Półkrwi to działało nie tylko w Wielkiej Brytanii. Czarodzieje najwyraźniej nie mają żadnych moralnych oporów przed mieszaniem w głowach przywódcom obcych państw, tylko dlatego, że minister magii musi porozmawiać z brytyjskim premierem.
Nawet Hogwart - instytucja podobno postępowa i promugolska - uczy swoich uczniów jak przetrwać w świecie czarodziejów. Nikt nawet nie zakłada, że magiczne dzieci mogą chcieć żyć wśród mugoli. Robić karierę jako prawnicy, fizycy, chemicy, astronauci, Nie. Dzieci w Hogwarcie uczą się wróżenia, wróżenia z gwiad, rzucania zaklęć, warzenia eliksirów... I zapewne są to bardzo istotne umiejętności dla czarodziejów, tylko nie uczy ich to o różnorodności świata. O tym, że mugole też mają cywilizację (owszem, są lekcje mugoloznawstwa, ale po pierwsze są nieobowiązkowe, po drugie, prowadzone z perspektywy czarodziejów). I po zapwenieniu takiej edukacji, uczniowie zostają już w świecie magii, który wydaje im się znacznie bardziej interesujący. Nawet jeśli ma to oznaczać dla nich zerwanie kontaktu z rodzicami. Pewnym ekstremalnym przykładem może być tu Hermiona, która w tomie siódmym wymazała swoim rodzicom pamięć o sobie. Tak, może zależało jej na tym, żeby ich chronić. Ale czy na pewno to było wszystko co ją motywowało?
Jednocześnie nie tylko mugole byli traktowani jak gorszy gatunek człowieka. W końcu mamy skrzaty domowe, które pracują dla czarodziejów bez żadnego wynagrodzenia. Mamy centaury, które chociaż są równie inteligentne co ludzie muszą ukrywać się w lesie. Mamy olbrzymi i pół-olbrzymy, które również nie mogą integrować się z czarodziejską społecznością. Jak wielkim szokiem było przyjęcie Hagrida do Hogwartu? Z jakim obrzydzeniem Madame Maxime zareagowała na informację, że Hagrid jest półolbrzymem?
Czy na prawdę tak wygląda przyjazne otwarte i tolerancyjne społeczeństwo? I czy naprawdę przy takim sposobie myślenia o innych rasach wspieranym przez instytucje trudno jest przejść do podejścia Voldemorta? Przecież on wierzył dokładnie w to samo, co każdy inny czarodziej "czarodzieje są lepsi". Lepsi niż skrzaty domowe, olbrzymy, centaury i mugole. Całkiem naturalnym jest pytanie siebie dlaczego w takim razie czarodzieje muszą się ukrywać? I dlaczego lepsza grupa nie miałaby rządzić całą resztą?
I nie twierdzę tutaj, że Voldemort miał rację, tylko że był produktem sposobu myślenia czarodziejów, głęboko zakorzenionego w ich kulturze i sposobie myślenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz