![]() |
| Barry: "Masz może jeszcze tej wskrzeszającej wody?" Olivier: "Nie możesz zwyczajnie cofnąć się w czasie?" |
Przyznaję że jestem wielką fanką seriali DC. Oglądam Flasha, oglądam Arrowa, oglądam właściwie każdy z ich seriali. Regularnie zadając samej sobie pytanie "dlaczego?". Jednocześnie nie mogę zaprzeczyć, że lubię te seriale i oglądam z większym bądź mniejszym opóźnieniem każdy sezon jak zły by nie był. Dzisiaj chciałam poruszyć temat, który mnie irytuje nie tylko w serialach superbohaterskich - zabijanie bohaterów.
Zagrożenie dla życia któregoś z bohaterów, na ogół angażuje widza, który zdążył się przywiązać do postaci i najczęściej nie chce aby zginęła. Albo wręcz odwrotnie: głęboko nienawidzi bohatera i nic go bardziej nie ucieszy jak jego widowiskowy zgon (np. śmierć Joffereya w Grze o tron). Jednak wydawałoby się, że i ten zabieg można zastosować ograniczoną ilość razy. Mniej więcej raz na bohatera. Tylko że nikt tego nie powiedział scenarzystom.
W serialowym uniwersum DC śmierć bohaterów jest często wykorzystywana jako sposób szokowania widza. I przyznam, że mam z tym poważny problem: bo jak mam się przejąć zgonem bohatera, kiedy jest to rzecz regularna? I to nie dla uniwersum, ale dla tego konkretnego bohatera. Śmierć robi wrażenie za pierwszym razem, jest przykra za drugim, ale za trzecim wywołuje u mnie pytanie "znowu?".
Taką sytuację miałam w wypadku wątków Sary Lance. Bohaterki, która najpierw rzekomo utonęła na Gambicie, jednak wróciła. Potem mi było przykro ze względu na jej ojca, który musiał drugi raz wyprawiać pogrzeb tej samej córce (no ale, przynajmniej miejsce na grób miał już opłacone). A potem ona znowu została wskrzeszona za pomocą wody z magicznego źródełka ligi zabójców, żeby zostać Białym Kanarkiem i podróżować w czasie. Gdzie podczas serialu też jej się zmarło raz. Ale tu zmartwychwstała jeszcze przed końcem odcinka.
Z jednej strony muszę przyznać, że miło jest oglądać serial wiedząc, że nikomu nic złego się nie stanie. Z drugiej nudno jest oglądać serial gdzie wszyscy są ponurzy i przejęci śmiercią bohaterki, która wcześniej wskrzeszona była już dwa razy. Mając jakieś trzy różne metody wskrzeszania ludzi albo niedopuszczania do ich śmierci. Ta obojętność wobec stanu żywotności bohaterów zaczyna się u mnie przejawiać też obojętnością wobec wybijania całej drużyny, szczególnie głównych bohaterów. Przyznam że w tym wypadku nawet bardziej, bo jak mam się przejmować wybiciem połowy głównej obsady, skoro wiem, że będzie następny sezon?
Poza tym, człowiek może się zastanawiać: skoro dwójka bohaterów została wskrzeszona magicznym źródełkiem, inni zginęli ale w alternatywnej linii czasowej, to dlaczego tak właściwie tamtej reszty bohaterów też jakoś nie wskrzeszą?
A jeśli jestem tak przyzwyczajona do zmartwychwstawania bohaterów, to w jaki inny sposób można zaangażować mnie - widza emocjonalnie w serial?
I jak mam się przejmować tym, że główny zły grozi życiu ukochanej superbohatera i istnieje wizja przyszłości w której ona umiera, kiedy zdaję sobie sprawę z tego, że istnieje cała masa sposobów, sprawienia że ta wizja jest prawdziwa i fałszywa jednocześnie?
Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że taka jest konwencja tworów superbohaterskich i ona dotyczy nie tylko DC, ale też Marvela. I że sami bohaterowie zdają sobie sprawę z jej istnienia (jakoś bardzo spodobała mi się scena, kiedy Quentin po śmierci Laurel zaproponował zawiezienie ciała do magicznego źródełka które już jedną córkę mu wskrzesiło. Źródełko akurat zepsute zostało, ale miło że ktoś o tym pamiętał). Tylko wcale nie jestem pewna czy ta konwencja nie zaczyna mnie nudzić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz